Debata nad homoseksualizmem wśród duchownych nie powinna przekształcić się w czysto socjologiczną rozmowę nad skalą tego zjawiska (choć to oczywiście problem istotny, bowiem pokazuje on problem w całej jego rozciągłości), nie chodzi też o to, by po raz kolejny roztrząsać, że księża są grzesznikami (bo są, i nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości, bowiem każdy chrześcijanin grzesznikiem jest) i wyciągać z tego wnioski o hipokryzji Kościoła. Istotą problemu nie jest nawet to, że instytucje kościelne zawsze radzą sobie z homoseksualizmem niewielkiej części kapłanów, a niekiedy ulegają wpływom lobby gejowskiego. O wiele istotniejsza jest tu debata antropologiczna i doktrynalna, której w liberalnych mediach się nie doświadczy, bowiem w istocie nie jest ona w ich interesie.
Doskonale pokazują to najnowsze tygodnikowe artykuły na temat homoseksualizmu wśród księży. W „Newsweeku” i „Wprost” możemy zapoznać się z wydumanymi statystykami (dowodów na nie brak, ale mniejsza z tym) dotyczącymi skali zjawiska pożycia seksualnego księży (zarówno homo jak i heteroseksualnego), znajdziemy w nich także wstrząsające (zapewne jakaś część z nich jest prawdziwa) historie księży, którzy sprzeniewierzają się własnemu powołaniu, grzeszą, a jednocześnie niekiedy bardzo z tego powodu cierpią. Nie zamierzam polemizować z ich historiami, szczególnie, że podobnych słyszałem (często bez możliwości ich weryfikacji) w życiu przynajmniej kilka. Trudno też spierać się z faktem, że często instytucje kościelne nie potrafią radzić sobie ze skandalami. Takie bywają fakty. I niestety, choć materiały w obu tygodnikach są wyolbrzymione, przesadzone i mocno nierzetelne, to udawanie, że z takimi historiami nigdy się nie zetkniemy byłoby również nierzetelnością i brakiem szacunku dla prawdy.
Szczególnie – i to jest najważniejsze – dla kogoś, kto jest w Kościele, kto ma świadomość, że źródłem Jego świętości jest Chrystus – historie te nie muszą być jakimś szczególnym zaskoczeniem. Katolik wie przecież, ma świadomość, że Kościół jest świętą wspólnotą grzesznych ludzi. Ludzie Kościoła nie są mniej grzeszni, czy mniej omylni niż ludzie spoza Kościoła. Grzeszymy, upadamy, błądzimy jak inni. Część z nas ma na sumieniu naprawdę ogromne grzechy, a część jest nawet niewierząca, ale pozostaje we wspólnocie z przyzwyczajenia. Ale nie zmienia to faktu, że mamy gwarancję, nie od siebie, a od Boga, że nasza wspólnota, że Kościół jako całość nigdy nie odejdzie od Boga, nigdy się Go nie zaprze, i zawsze będzie prowadził ludzi do zbawienia. Mamy pewność, że w sakramentach zawsze otrzymamy umocnienie i łaskę, której z niczym innym porównać się nie da. Tej mocy nie może zniszczyć, i nigdy nie zniszczy nawet największy grzech ludzki.
Jeśli mimo to dyskutujemy o problemie homoseksualizmu w Kościele, to nie w nadziei na jakieś oczyszczenie Kościoła z grzeszników (bo wówczas i oczyszczających by w Kościele nie było), ale z powodów doktrynalnych. Pytanie o to, czy homoseksualista może/powinien być kapłanem, to bowiem nie tylko problem organizacyjny, próba ograniczenia liczby skandali (choć obie te kwestie mają znaczenie i trzeba się nimi zajmować, szczególnie gdy uświadomimy sobie, że zdecydowana większość skandali seksualnych w Kościele to skandale homoseksualne) czy ograniczenia nieformalnych i niezdrowych wpływów pewnej grupy osób (o czym pisał mocno ks. Dariusz Oko), ale przede wszystkim jest to problem doktrynalny, antropologiczny. Jego istotą jest pytanie o to, czy homoseksualizm zwyczajnie nie wyklucza z kapłaństwa? Czy homoseksualista może być uznany za zdrowego, dojrzałego mężczyznę, czy też nie? Czy „obiektywnie nieuporządkowana skłonność”, jak Kościół określa homoseksualizm, to obiektywna przeszkoda w udzieleniu święceń (tak jak uniemożliwia je bycie kobietą)? A może chodzi tylko o prawne rozstrzygnięcia (jak w przypadku powiązania święceń z celibatem w Kościele łacińskim)?
Odpowiedź na te pytania dla wielu nie jest oczywista. Dla mnie jednak nie ulega wątpliwości, że poprawną odpowiedzią jest ta pierwsza. Kapłaństwo jest bowiem związane z normalną, pełną męskością, a tej homoseksualista nie jest nosicielem. Łaska buduje na naturze, jeśli więc kapłan ma być duchowym ojcem dla swoich wiernych, jeśli chce on być poślubiony Kościołowi – to musi być zdolny zarówno do małżeństwa, jak i ojcostwa, a zatem musi być osobą heteroseksualną. Jeśli nią nie jest, to trudno znaleźć biologiczne podstawy, na których budowana może być łaska kapłaństwa. Człowiek jest zaś istotą cielesno-duchową, jeśli szwankuje jakiś wymiar cielesności czy psychiki, to sama łaska nie może jej zastąpić... I dlatego – jak sądzę – Kongregacja Wychowania Katolickiego wydała decyzję o zakazie święceń kapłańskich dla osób homoseksualnych. Powodem nie są więc tylko skandale, ale troska o to tożsamość kapłana.
Inne podejście oznacza pozbawienie kapłaństwa także biologicznych, męskich podstaw, oznacza jego dalsze „kastrowanie” z tego, co jest jego podstawą biologiczną. A to oznacza osłabianie kapłaństwa, osłabianie Kościoła. A główny powód wcale nie jest pr-owski (bo nas zaatakują), ale antropologiczny (bo tracimy męski wymiar kapłaństwa). I to w istocie idzie spór, w którym „Newsweek” czy „Wprost” tylko przeszkadzają, próbując nam narzucić świecką perspektywę w istocie nieświeckim sporze.

