Argument rzekomo teologicznych źródeł obrony życia, opatrzony stosownymi ostrzeżeniami przez „ministrantami” z Prawa i Sprawiedliwości legł u podstaw tekstu prof. Jana Woleńskiego w najnowszej „Polityce”. Filozof ten przekonuje, że całe nauczanie Kościoła w tej sprawie wynika z teologii. „Zarodek ludzki niezależnie od tego, czy powstał naturalnie czy sztucznie jest uważany za osobę ludzką. Z biologicznego punktu widzenia jest to kwalifikacja całkowicie arbitralna. Wszelka rzecz tak naprawdę nie dotyczy biologii, lecz teologii. Zarodek, wedle antropologii teologicznej, jest osobą, ponieważ został wyposażony przez Boga w duszę nieśmiertelną. To jest kwestią wiary, a nie dyskusji naukowej” – oznajmia filozof.
A w jego argumentacji fakty mieszają się z fałszem w niemal równym stopniu. Jest bowiem faktem, że kwalifikacja bycia osobą nie należy do biologii. Tyle, że nie wynika to z teologii, a z antropologii filozoficznej. Koncept osoby jest bowiem koncepcją filozoficzną, a nie biologiczną. Biolog może, co najwyżej sprawdzić do jakiego gatunku należy dana jednostka. I tu nie ma wątpliwości, że zarodek ludzki od pierwszych chwil swojego istnienia należy do gatunku ludzkiego, jest – ujmując rzecz inaczej – człowiekiem. To, czy jest osobą, zależy oczywiście od rozumienia osoby. Mogą być one różne, jednak niezależnie od tego, jak osobę rozumieć jedno nie ulega wątpliwości, człowieczeństwo jest związane z byciem osobą. I nawet jeśli człowiek osobą się staje (jak twierdzą liczni utylitaryści) to poza momentem poczęcia trudno wskazać niearbitralny moment kreacji osoby w procesie rozwojowym istoty ludzkiej. W takiej sytuacji zaś bezpieczniej jest uznać, że każdy człowiek jest osobą, niż zlikwidować istniejącą osobę ludzką. Jest to tym istotniejsze, że jak wskazują liczni badacze (wcale nie tylko katoliccy) odebranie części z istot praw wynikających z bycia osobą ma tendencje do rozszerzania się, zgodnie z zasadą równi pochyłej. Zaczyna się od odebrania praw osobowych i ludzkich zarodkom, potem obejmuje się nimi ludzi na embrionalnym etapie rozwoju, a później także tych narodzonych (bo przecież nie są jeszcze, albo już, świadomi). I choć można się spierać, czy argument z równi pochyłej jest mocny intelektualnie, to nie ma wątpliwości, że jego prawdziwość jest weryfikowana w Belgii czy Holandii, gdzie aborcja pourodzeniowa (czyli dzieciobójstwo) jest już nie tylko usprawiedliwiane moralnie, ale też wykonywane.
Argumentacja, którą przedstawiłem powyżej nie zawiera w sobie elementów teologicznych. Jest to zwyczajne rozumowanie filozoficzne oparte na pewnych założeniach (bo nie ma myślenia bezzałożeniowego), ale maksymalnie ostrożnym w przyjmowaniu założeń ontologicznych. Nigdzie bowiem nie jest rozstrzygnięte, czy zarodek od samego początku swojego istnienia jest czy nie jest osobą. Mnie bliższe jest twierdzenie, że jest bowiem zgadzam się z klasyczną arystotelesowsko-tomistyczną koncepcją duszy, która jest źródłem dynamizmu. A skoro wiemy, że zarodek od pierwszych minut swojego istnienia dynamicznie i celowo się rozwija, to możemy przyjąć, że jest od samego początku poruszany przez nieśmiertelną duszę. Możemy jednak uznać, i tak myślał choćby cytowany przez prof. Jana Woleńskiego i wszystkich niemal aborcjonistow, św. Tomasz z Akwinu, że do animacji dochodzi później. Tyle, że to nie powinno oznaczać zgody na to, by dokonywać aborcji czy likwidacji zarodków. A powodem jest wcale nie metafizyka, ale zwyczajna ostrożność moralna. Jeśli nie mamy pewności czy zarodek jest ożywiony, czy ma duszę albo ujmując rzecz zupełnie świecko jest osobą ludzką, której przysługują prawa (a nie mamy takiej pewności, bo nawet wśród świeckich filozofów wciąż toczy się dyskusja na temat statusu moralnego i ontycznego zarodków i embrionów ludzkich), to bezpieczniej jest przyjąć, że jest on człowiekiem. Tak, by nie zlikwidować człowieka, nie pozbawić go prawa do istnienia. Szacunek dla życia jest fundamentem każdego klasycznego myślenia moralnego, niezależnie od tego, czy jest ono zakorzenione w chrześcijaństwie czy też nie. Systemy prawne zachodniej Europy zakorzenione były zaś w zasadzie rzymskiego prawa in dubio pro vita. Jeśli więc mamy wątpliwości co do człowieczeństwa (bo przypomnijmy kwestia bycia osobą jest zawsze filozoficznie uwarunkowana i rozstrzygana) i praw ludzkich danej jednostki, to powinniśmy je rozstrzygnąć na rzecz tejże jednostki. Przyjęcie innych rozstrzygnięć oznacza, i trzeba to powiedzieć zupełnie wprost, sprzeczne z odkryciami biologii uznanie, że ludzki zarodek nie należy do gatunku ludzkiego i nie jest człowiekiem. Filozofowi wolno to zrobić, ale niech ma wówczas odwagę przyznać, że robi to wbrew faktom, a jedynie po to, by uzasadnić moralnie zabijanie lub zgodę na śmierć setek tysięcy istnień ludzkich.
Kościół i ludzie z nim związani, gdy bronią ludzkiego życia niszczonego w trakcie aborcji czy procedury in vitro odwołuje się do takiego właśnie świeckiego rozumowania. Nie ma potrzeby, by włączać w nie teologię, bo nie teologia, a absolutnie fundamentalne prawa moralne wystarczą, by uzasadnić sprzeciw wobec in vitro czy aborcji. Odwołanie się do nich nie jest psuciem państwa czy niszczeniem moralnego konsensusu, ale… wołaniem o obronę najsłabszych, których nikt bronić nie chce i nie potrafi. Jeśli zaś ktoś psuje życie społeczne, to nie są to obrońcy życia czy katolicy, ale ci wszyscy, którzy uznają, że wolno im arbitralnie decydować, kto jest a kto nie jest człowiekiem, kogo trzeba bronić a kogo nie. Przyjęcie ich perspektywy oznacza bowiem, że – przy odpowiednim uzasadnieniu – prawa do życia można pozbawiać każdego. Najpierw nienarodzonych, później niepełnosprawnych, a wreszcie ludzi w depresji. I nie jest to histeria konserwatystów, ale rzeczywistość choćby w Belgii. Kościół, ale także ludzie wcale z nim nie związani, ma odwagę sprzeciwiać się temu zjawisku. Takie jest zresztą jego zadanie. Chesterton wiele lat temu jasno stwierdził, że Kościół nie jest potrzebny, by wspierać kierunek, w którym idą wszyscy, ale po to, by sprzeciwiać się, gdy większość idzie w złym kierunku. Tak jest i tym razem.
Tomasz P. Terlikowski
