To, że w Polsce spada liczba praktykujących jest faktem (choć nie jest to spadek dramatyczny, od dawna bowiem w Polsce praktykowało regularnie poniżej połowy Polaków). I nie można się spierać o to, że podobne zjawisko widać także w większości krajów zachodnich. Tyle, że od takiego stwierdzenie do tezy, że tak się dzieje „wszędzie” jest jeszcze bardzo daleko. Afryka czy Azja mają się bowiem, jeśli chodzi o liczbę praktykujących, świetnie. Ewangelizacja rozwija się dynamicznie, Biblia trafia pod strzechy, a ludzie odkrywają, że Jezus Chrystus jest jedynym zbawicielem. I praktykują często z gorliwością pierwszych chrześcijan.

 

W Europie jest oczywiście gorzej. Ale też trzeba sobie powiedzieć zupełnie jasno, że Europejczycy przestali praktykować nie tylko religijnie, ale także moralnie czy życiowo. Nas nie obchodzi już nie tylko Pan Bóg, ale nawet nasza własna przyszłość, całkowicie doczesna. Mamy wpojone absurdalne przekonanie, że zatroszczy się o nas państwo, i to niezależnie od tego, czy będzie w nim jeszcze ktoś, kto będzie w stanie pracować (lub będzie miał ochotę robić to dla nas). I dlatego zamiast mieć dzieci, modlić się wybieramy odkładanie kasy w instytucjach bankowych, które zajmują się sprzedażą kłamstwa i fałszywej nadziei. Instytucjach, które jak pokazał kryzys mogą paść w każdej chwili. Z tego powodu raczej prędzej czy później nasza cywilizacja padnie. A na jej gruzach zostanie zbudowana nowa. I ta będzie religijna i praktykująca. A powód jest niezmiernie prosty: tylko takie cywilizacje mają przyszłość...

 

Tomasz P. Terlikowski