Intelektualiści twierdzący, że chętnie podarliby sobie Pismo Święte, publicyści apelujący, by „odp... się od Nergala” czy porównujący satanizm do chrześcijaństwa, politycy, którzy zapewniają, że są „ziomalami satanisty” - są dowodem na to, że wojna z chrześcijaństwem już się zaczęła. Ale nie oni są najgroźniejsi. O wiele istotniejsze są wyroki sądowe czy decyzje prokuratorskie, które zapadają w ostatnich dniach. One pokazują, że do walki z chrześcijaństwem zabrały się już instytucje państwowe...

 

Bijmy chrześcijan

 

Przesada? A jak inaczej ocenić decyzję prokuratury, która uznała, że zbudowanie krzyża z puszek po piwie Lech jest w porządku, podobnie jak krzyż z pluszowym misiem? Jak ocenić decyzję umorzenia postępowania przeciw facecikowi, który postanowił udawać motyla w czasie procesji Bożego Ciała? Jak ocenić decyzję sądu, który uznał, że darcie Biblii i wykrzykiwanie o niej, że jest g... - to działanie w pełni zrozumiałe, bo artystyczne? Czy to wszystko nie pokazuje, że – zdaniem sądów i prokuratury – chrześcijanie są obywatelami drugiej kategorii, których można bezkarnie obrażać?

 

Trudno nie zadać przy tym pytania, czy sąd uznałby też profanacje pomnika w Jedwabnem za działanie artystyczne, gdyby jego sprawcy oznajmili, że są muzykami i napisy były im potrzebne do nakręcenia klipu? Ciekawe, co by się działo, gdyby jakiś profesor uniwersytetu, na przykład filozof, powiedział, że też chętnie namazałby napis na pomniku w Jedwadnem, bo wkurzają go Żydzi, a nie zrobił tego, bo to nie jest styl? A co by było, gdyby ktoś zbudował sobie krematorium z puszek po piwie? Wrzask, jaki by się podniósł trudno nawet opisać. I jakoś nie mam wątpliwości, że odważnie broniący wolności obrażania katolików sędziowie czy prokuratorzy, od razu podkuliliby ogony i błyskawicznie przeprowadzili sprawę. A sugestia, że trzeba bronić wolności sztuki czy wypowiedzi nikomu nie przyszłaby do głowy.

 

Akceptacja dla takich działań idzie zresztą z góry. Jakoś nie widać prezydenta czy premiera protestujących przeciwko profanowaniu krzyża czy Biblii. Posłowie PO bronią bluźniercy jak niepodległości, głosując w radach programowych za utrzymaniem Nergala w TVP i uciekając jak szczury z posiedzeń komisji sejmowych, byle tylko nie powiedzieć jasno, że satanista w TVP im odpowiada bądź nie. Pracownik Kancelarii Prezydenta zaś, i jeden z ważnych polityków, partii władzy otwarcie stwierdza, że satanista i człowiek wyśpiewujący (dobra, to termin nieco na wyrost) pochwałę morderców jest jego ziomalem.

 

Nasze małe Monachium

 

Oczywiście o platformersów to poparcie dla antychrześcijańskich działań nie wynika z jakiejś głębi przemyśleń czy ideologicznego skrętu w lewo (bo też, żeby ideowo skręcać w lewo trzeba mieć jakieś idee), ale z bacznej analizy sondaży. A te pokazują, że Polaków udało się już przekonać do tego, że chrześcijanie – ci wierzący, a nie ci, którzy w kościele bywają na święceniu jajek – nie powinni podlegać normalnej ochronie prawnej. Wieloletnia propaganda „Gazety Wyborczej” i liberalnych telewizji zrobiła swoje, a serwowany zachwyt dla bandytów z Krakowskiego Przedmieścia, którzy sikali na znicze, obrażali modlących się – też odniósł skutek. Teraz jest jasne dla bardzo wielu Polaków, że jak ktoś się modli, wierzy czy na poważnie traktuje swoją wiarę, to można go wyśmiewać. W imię sztuki czy wolności. Udało się stworzyć wrażenie, że obciachem jest żałoba, pamięć, krzyż czy modlitwa, a kpienie z nich to dowód nowoczesności. I nie ma co ukrywać, że działo się to przy akceptacji przynajmniej części – na szczęście niewielkiej – duchownych, a nawet zupełnie już nielicznych hierarchów, którzy uznali, że ważniejsze jest usunięcie krzyża z Krakowskiego Przedmieścia, niż obrona modlących się ludzi.

 

Może gdyby wówczas głos sprzeciwu zabrzmiał głośniej, gdyby już wtedy odbyły się mocne protesty, a politycy wspierający bluźnierców zostali mocno przywołani do porządku, z imienia i nazwiska, a gdy trzeba z odmową komunii, teraz byłoby inaczej. Rozważanie, co by było gdyby jest oczywiście zajęciem jałowym, ale trudno nie pytać, czy gdyby nie było Monachium, to Hitler zdecydowałby się na wojnę. I tu jest podobnie. Nie wiemy, co by było, ale wiemy, że nasza sytuacja wyglądałaby obecnie zupełnie inaczej, że trudniej przyszłoby odstępowanie od dochodzeń w sprawie krzyża czy niszczenia Biblii.

 

Wycofani chrześcijanie

 

Ale przyczyn tego antychrześcijańskiego wahnięcia trzeba szukać także głębiej. Wiele wskazuje na to, że zmarnowaliśmy dwadzieścia lat katechezy w szkołach, a także wolnego dostępu do mediów. Nie udało nam się także – jako wspólnocie wiary – zbudować silnego narzędzia ewangelizacyjnego, zbudować instytucji czy metod, które pozyskiwałyby dla wiary, a nie tylko instytucji wiernych. Świadectwo, zaangażowanie, przełożenie społeczne – to terminy, które wciąż są obce niemałej części katolików. I to także tych, którzy działają w ruchach i wspólnotach katolickich. Z jednym, świetnie widocznym wyjątkiem – Radiem Maryja.

 

Zamiast zatem bronić naszych wartości, angażować się społecznie – wybieramy wstydliwe milczenia. A przecież rozmaite akcje przeprowadzone przez ludzi wierzących pokazują, że mamy potencjał. 600 tysięcy zebranych podpisów w czasie trzech tygodni w obronie życia jest tego znakomitym przykładem. Akcje przeciw pornografii też są skuteczne. Ale już obrona chrześcijaństwa idzie nam gorzej, jakbyśmy trochę wstydzili się bronić naszych wartości. Brak też nam instytucji, które mogłyby taką obronę koordynować. Wiele miesięcy temu pisałem, a także rozmawiałem o potrzebie powołania Ligi Przeciwko Zniesławianiu Chrześcijan. Pisałem, ale wiele więcej nie zrobiłem. I nie ukrywam, że mam o to do siebie żal, bo łatwo jest pisać, ale trudniej coś zrobić. Pisząc o bierności mam zatem pretensje także do siebie.

 

Nie ma też (i znów z powyższym zastrzeżeniem) silnych, zdecydowanych elektronicznych mediów, które potrafiłyby sprzeciwić się dominacji medialnej lewicy. W epoce obrazu oddaliśmy, i to już na starcie, telewizje w ręce ludzi wrogich chrześcijaństwu, a redakcja katolicka TVP bacznie uważa, by nie wychylić się z fundamentalizmem (czego najlepszym dowodem jest to, że jeszcze w latach 90. jeden z jej wice-szefów, obecnie diakon Bogdan Sadowski, sprzeciwiał się emisji „Niemego krzyku”) czy zwyczajną obroną wiary. Sieć Plus (ponownie połączona z siecią Vox) decyzją biskupów też została oddana Eurozetowie (temu od Radia Zet), a Radio Józef zlikwidowane. Słowem w świecie mediów zostaliśmy bezbronni, bo trudno na karabiny maszynowe telewizji, odpowiadać ważnym, al jednak tylko łukiem, jakim są dwa świetne katolickie tygodniki „Gość Niedzielny” i „Niedziela”.

 

Potrzebne środki

 

Już tylko tak pobieżne pokazanie przyczyn, dla których wojna z katolikami jest obecnie tak prosta pokazuje również, jakich środków musimy się uchwycić, by się obronić. Pierwszą jest stworzenie instytucji, która zajęłaby się prawnym i medialnym monitoringiem obrony praw chrześcijan, a także zaczęłaby mocno dociskać takie sprawy. Prokuraturze byłoby o wiele trudniej umarzać pewne sprawy, a sądom wydawać idiotyczne wyroki, gdyby na głowie siedzieli im wciąż prawnicy takiej instytucji. Dziennikarzom i mediom o wiele trudniej byłoby atakować chrześcijan, gdyby wiedzieli, że za zdjęcie Nergala w stroju papieskim będą mieli proces, podobnie jak za obrażanie krzyża. I mam świadomość, że już o tym pisałem... I że nic nie zrobiłem, by taki projekt urzeczywistnić. Jedyne, co mam na swoje usprawiedliwienie to fakt, że nie jestem prawnikiem.

 

Ale konieczne jest także silniejsze reagowanie. Protesty mailowe czy listowe są ważne, ale trzeba też silnie naciskać reklamodawców, a także organizować normalne pikiety czy publiczne protesty. Bez tego zostaniemy wyparci z przestrzeni publicznej. I nic się nie da z tym zrobić.

 

Ostatnią, ale jednocześnie najważniejszą, kwestią jest jednak ewangelizacja i katechizacja. Tracimy młodzież i ludzi w średnim wieku. O nich musimy zawalczyć. Obecna katecheza nie sprawdziła się, nie wychowujemy na niej młodych świadków, ale petentów do sakramentów. Nie widać też pomysłu na wiązanie ludzi z Kościołem, na pokazywanie im, że chrześcijaństwo jest stylem życia, które daje szczęście, a nie drętwym wypełnianiem ideałów. Brak nam świadectwa o żywym Chrystusie i przemieniającym życie Bogu. Bez zmiany całościowego modelu duszpasterskiego nie będzie zwycięstwa, a nasze zaangażowanie będzie traktowane wyłącznie politycznie. To zaś byłaby klęska.

 

I na koniec krótka refleksja. Trzeba mieć świadomość, że żarty się skończyły. Od rozstrzygnięcia tej, tak jawnej już teraz wojny, zależy to, w jakim kraju będą żyły już nie nasze dzieci, ale my sami. Blitzkrieg jest błyskawiczny. Nie dajmy się zwyciężyć.

 

Tomasz P. Terlikowski