Zabrakło na niej, choć byli zaproszeni, zarówno dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, którzy od lat – z godną lepszej sprawy skwapliwością – dyskredytują naprotechnologię i jej twórcy. Nie było ani Katarzyny Wiśniewskiej, ani nawet Sławomira Zagórskiego. Podczas konferencji pytania mogli też zadać dziennikarze „Newsweeka”, którzy kilka tygodni temu ostro zaatakowali metodę leczenia kobiet, twierdząc, że wymaga ona niemal gwałtów na kobietach. Ale i ich nie było. Swoich sił z Hilgersem mogliby próbować i lekarze, właściciele klinik zapłodnienia pozaustrojowego, którzy nieustannie wieszają na nim psy, ale i ich nie było. - Nie jestem tym zaskoczony – mówił po konferencji portalowi Fronda.pl prof. Thomas Hilgers. - Oni nigdy się nie pojawiają. A jeśli nawet są, to nie mają argumentów – dodał.

 

To tchórzostwo wcale nie zaskakuje. Ono jest zwyczajną konsekwencją tego, że zwolennicy metody in vitro czy przeciwnicy NaProTechnology, wiedzą, że nie mają racji. Oni mają świadomość, jakie są ludzkie koszty ich metody, ile dzieci musi umrzeć, by jedno mogło się narodzić, ilokrotnie częściej dzieci z zapłodnienia pozaustrojowego rodzą się z wadami genetycznymi, jak mocno metoda ich poczęcia wpływa na ich psychikę. Ta wiedza jednak (potwierdzana kolejnymi badaniami naukowymi) nie może przedostać się do opinii publicznej. Tak jak nie może się do niej przedostać wiedza o tym, że istnieje skuteczniejsza, moralna i rzeczywiście lecząca gałąź medycyny, która może pomóc niepłodnym parom (ale także kobietom z PMS-em) o wiele skuteczniej niż medycyny wspomaganej prokreacji czy antykoncepcyjnie skoncentrowana współczesna ginekologia. I dlatego wybrano metodą zamilczania i deformowania przekazu...

 

Ale ta metoda, przynajmniej w Polsce, nie przyniesie skutku. Już teraz jesteśmy bowiem światowym liderem, jeśli chodzi o rozwój naprotechnologii. W kursie, który odbywa się obecnie w Łomiankach bierze udział ponad sto osób. Każda z nich będzie promować prawdziwie ludzkie podejście do kobiecego zdrowia. I dzięki ich zaangażowaniu Prawda zwycięży. I kobiety będą miały dostęp do takiej opieki zdrowotnej, która będzie rzeczywiście zgodna z ludzką naturą.

 

Tomasz P. Terlikowski

/