Od kilku miesięcy przez media przechodzą kolejne informacje o szczycie ostatniej szansy. Każdy z nich ma być już naprawdę wielkim sukcesem, który uratuje nas od jakiegoś gigantycznego kryzysu. A po kilkunastu dniach okazuje się, że politycy i dziennikarze sobie poszczytowali i guzik z tego wyszło. I nie inaczej będzie także teraz. Politycy europejscy byli wybierani na czasy dobrobytu, i dlatego są ładni, mili sympatyczni, ale nie mają charyzmy i odwagi koniecznej do podejmowania decyzji wbrew swoim obywatelom. Jakby tego było mało nie ma nic takiego jak europejskie decyzje. Każde z podjętych na szczycie ustaleń musi być zatwierdzona w krajach członkowskich, co wymaga czasu. Ten zaś akurat teraz jest towarem deficytowym.
Wszystko zmierza więc do gigantycznej katastrofy. I w zasadzie nie ma się czemu dziwić. Europa bez wartości, oparta wyłącznie na konsumpcji, nihilizmie i wygodnictwie nie mogła przetrwać. I właśnie teraz pada. Wierzący w państwo opiekuńcze, w wartości europejskie, w Oświecenie obudzą się już za chwilę z ręką w nocniku. Nie będzie ani państw opiekuńczych, ani odłożonych na czarną godzinę pieniędzy w bankach. Pozostanie tylko to, co niezmienne: wiara, dzieci, zaufanie do Pana Boga. I modlitwa „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. Chleba (a nie innych dóbr) i dzisiaj (a nie na miesiąc do przodu). Takie zaufanie do Opatrzności nie jest proste, ale bardzo się nam przyda w nadchodzących czasach, bo tylko ono nam pozostanie. Szczyty ostatniej szansy bowiem niczego nie zmienią. Euro, decyzje Angeli Merkel czy Nicholasa Sarkozyego nas nie uratują. Tym, który może dać nam siłę do przetrwania jest tylko Jezus Chrystus. Jeśli się do niego zwrócimy.

