Zacząć trzeba od jasnego zdefiniowania tego, co w przesłaniu adwersarzy jest rzeczywiście godne uwagi. Mikołaj Bierdiajew pisząc o komunizmie wskazywał, że jest on w istocie herezją chrześcijaństwa, która zwraca w przesadny i jednostronny sposób uwagę na realne problemy i szuka na nie odpowiedzi w zabsolutyzowanych zasadach Ewangelii. I w jakimś stopniu podobnie jest z każdym, zachodnim ruchem politycznym, a zatem także – z wulgarnym nowolewicowym palikotyzmem. U jego podstaw leżą realne problemy. I trzeba je tylko wskazać.
Pierwszym, niewątpliwie istotnym problemem, jaki można zdiagnozować dzięki Palikotowi, jest fakt, że jako Kościół wciąż jesteśmy zbyt blisko złączeni z państwem. Politycy wykorzystują wiarę i instytucje do promowania siebie i swoich rządów, a Kościół – z troski o to, by nie stracić swojego miejsca w szeregu, a także całkiem sporych środków finansowych – jak ognia unika zbyt ostrego i jednoznacznego nauczania polityków. Z Kościoła św. Stanisława, biskupa i męczennika, przekształciliśmy się w jakąś formę anglikanizmu, który dostarcza rytów i zwyczajów, które coraz częściej nie są przeniknięte prawdziwą wiarą. Słowem jesteśmy jedną z instytucją, ważną, zasłużoną, istotną, ale niekoniecznie żywo ewangelizującą, przekazującą wiarę. Katecheza jest – zbyt często, choć są też inni katecheci – lekcją, a nie spotkaniem z żyjącym Bogiem. I to, jeśli mamy zwyciężyć z Palikotem, musi się zmienić. Tylko żywa, dynamiczna wiara, mocne jej głoszenie może uratować Kościół i Polskę.
Aby to jednak było możliwe konieczne jest dostrzeżenie głębokiej hipokryzji, jaka wciąż nas dotyka (a Palikot na niej jedzie). Osądzając innych, niechętnie osądzamy siebie, potępiając akty homoseksualne tolerujemy je w swoich środowiskach (nie będę wymieniał nazwisk, ale każdy, kto zna historię Kościoła w Polsce w minionym dziesięcioleciu je zna), potępiając niesprawiedliwość – także w kwestiach finansowych – tolerujemy ją w swoich kościelnych instytucjach, czy wreszcie – jak niepodległości bronimy naszych, nawet gdy robić tego zwyczajnie nie należy. I na takiej hipokryzji, braku odwagi do zmierzenia się z własnymi wyzwaniami także będzie jechał Palikot i media. Jeśli chcemy im wybić broń z ręki musimy się zmierzyć z tym, co rzeczywiście jest cuchnącą raną. I zamiast ją ukrywać, trzeba ją oczyścić i wyciąć.
I sprawa trzecia. Nie mniej istotna. Palikot sprawnie zagospodarował mniejszości kulturowe i seksualne, przekonując je, jak przed wiekiem komuniści przekonali robotników, że to on jest ich realnym obrońcą. I znowu, jak poprzednio jest to także wina nas chrześcijan, że potępiając grzech, odpuściliśmy sobie troskę o grzeszników, że walcząc (słusznie) z propagatorami grzechu uciekamy się do metod naruszających godność adwersarzy (sam mam sobie w tej sprawie niemało do zarzucenia). To musi się zmienić. Tym bardziej, że to wcale nie Biedroń czy Grodzka(i) są realnymi obrońcami mniejszości seksualnych, a jest nim właśnie Kościół. To on bowiem daje im możliwość życia trudniejszego, ale niewątpliwie prowadzącego do szczęścia, a nie krótkotrwałej przyjemności. Aby jednak mogli usłyszeć oni ten głos, trzeba im go głosić, a nie z obrzydzeniem czy niechęcią odwracać się od nich. Miłość oznacza prawdę, ale również miłosierdzie i pochylenie się nad człowiekiem. Szczególnie w sytuacjach najtrudniejszych, dramatycznych, ze świadomością, że Jezus nie przyszedł do zdrowych, ale do tych, co się źle mają. I że my także, pamiętając o naszych chorobach, mamy być znakiem tej miłości Boga do człowieka.
Jeśli uda nam się zbudować taki program, to ruch Palikota nie odniesie wielkich sukcesów, a jego ataki na chrześcijaństwo przyniosą nam nawet korzyści. Ale jeśli nie, to możemy być pewni, że przyspieszona laicyzacja nas nie ominie. Z naszej winy.

