Słuchając ekspertów, którzy zapewniają nas o tym, ile to otrzymamy emerytury bierze mnie pusty śmiech. Za dwadzieścia, trzydzieści lat nasz system emerytalny zwyczajnie nie wytrzyma demograficznej presji i czas będzie się pożegnać z emeryturą. Otwarcie pokazuje to już Witold Gadomski, publicysta ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. I mimo iż  na jego neoliberalną głowę natychmiast posypały się gromy, to obawiam się, że to właśnie on miał rację.



I niestety czas oswoić się z bolesną prawdą, że nawet najlepsza polityka pronatalistyczna nie jest tego w stanie zmienić. Gdyby nawet, w co nie wierzę, bo realistycznie patrzę na świat, nagle większość kobiet zdecydowała się mieć więcej niż średnio nieco powyżej jednego dziecka (połowa powinna mieć trójkę i więcej), to i tak odwrócenie obecnego trendu demograficznego zająć musiałoby ponad sto lat.  A i to tylko pod warunkiem, że do Europy (także do Polski) nie wlewaliby się imigranci. Na to nikt przy zdrowych zmysłach liczyć nie może, także dlatego, że bez nich zniszczony zostałby system ekonomiczny państw europejskich.



Jeśli więc nie ma szans na zmianę losu wszystkich, to trzeba sobie jasno powiedzieć, że musimy wziąć swoje sprawy w swoje ręce. Na banki szczególnie bym nie liczył. Obecny kryzys wymownie pokazuje, że nie należy im ufać. Co nam zatem zostaje? Powrót do czasów przedbismarckowskich i zrozumienie, że taką będziemy mieć starość, jaką mieliśmy młodość, i że najbezpieczniejszą lokatą kapitału jest... czwarty filar, czyli dzieci. To one, i mocna, wielodzietna, tradycyjna rodzina, którą my mamy stworzyć, gwarantują nam (też nie w stopniu absolutnym, ale na pewno większym niż ZUS i banki, pomogą nam przetrwać czasy, gdy nie będzie już ZUS-u. Do czego serdecznie zachęcam.



Tomasz P. Terlikowski