Można nie być zachwyconym politycznym światopoglądem ONR (a i z Młodzieżą Wszechpolską można się nie utożsamiać), można odrzucać polityczną wizję Romana Dmowskiego (szczególnie z lat 30.), i można uznawać, że działalność Jana Kobylańskiego jest szkodliwa dla polskiej prawicy (bo sugeruje, nawet w ostatniej odezwie, że jednym z głównych problemów polskiej władzy jest jej pochodzenie etniczne), ale trudno uznać, że są oni faszystami. Jakaś część ich poglądów jest nieakceptowalna, ale trudno je uznać za faszystowskie. A do tego trudno nie dostrzec, że zdecydowana większość uczestników marszu wcale nie utożsamia się z tymi poglądami, a raczej podchwyciło znakomity (tu trzeba powiedzieć, że środowiska narodowe wpadły na świetny pomysł, i oddać im honor) sposób świętowania Dnia Niepodległości i utożsamiło się z nim, a nie z całym światopoglądem tradycji narodowej. Przeszkadzanie im w radosnym świętowaniu pod hasłem walki z faszyzmem jest więc – ujmując rzecz wprost – nawiązaniem do niechlubnych tradycji stalinowskiej propagandy.

 

To ona bowiem, jako pierwsza, postawiła tezę, że każdy, kto nie jest zwolennikiem rewolucji proletariackiej, jest faszystą. Faszystowski był Piłsudski, Dmowski, ale i socjaldemokraci niemieccy. Każdy, kto nie ze Stalinem, ten faszysta. I teraz obserwujemy powrót do tego samego języka. Każdy, kto nie opowiada się po stronie rewolucji obyczajowej i kulturowej, kto odczuwa radość i dumę z przynależności do wspólnoty narodowej, ten od razu staje się faszystą, któremu nie wolno pozwolić manifestować. Na takie myślenie nie może być zgody, powinna przeciw niemu protestować także lewica, bowiem sprowadza ona polityczne myślenie do poziomu stalinowskiej propagandy.

 

A może o to właśnie lewicy chodzi? Może wcale nie ma ona ochoty na dialog, poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o to, jak wyglądać ma przyszłość Polski (a że nie będzie ona taka, jak wymarzyli sobie ideolodzy i politycy ruchu narodowego, to jednoznacznie pokazują wskaźniki etniczne), o to, jak zachować tożsamość kulturową w dynamicznie zmieniającej się sytuacji, a jedynie o to, by wyeliminować „faszystów”, czyli tych wszystkich, którzy stoją na drodze do postępów postępu...

 

Niezależnie jednak od odpowiedzi na to pytanie jedno pozostaje oczywiste. Nie możemy dać się wepchnąć w podziały lewicy, ale nie powinniśmy też na ślepo bronić każdej opinii i każdej wypowiedzi, tylko dlatego, że nie podoba się ona także lewicy. To bowiem oznacza jej zwycięstwo, a nie nasze.

 

Tomasz P. Terlikowski