I dlatego na starania lewicy, by wypłynąć na powierzchnię, można spoglądać ze spokojem. Ani Miller, ani Senyszyn – nawet jeśli jeszcze głośniej skandować będą antyklerykalne hasła – nie uratują tonącego okrętu, z którego już teraz, co szybsi pasażerowie przesiadają się na inne statki. Na razie z otwartymi rękoma przyjmuje ich Ruch Poparcia Palikota, ale – bez wątpienia – jeszcze kilka kluczowych postaci wchłonąć może także PO (po Arłukowiczu, Borowskim, teraz czas na Kalisza). W efekcie za kilka miesięcy SLD zwyczajnie nie będzie, tak jak od dawna na scenie politycznej nie ma już AWS.
Tyle, że to wcale nie oznacza, że zakończył się słynny podział postkomunistyczny, o którym pisała profesor Mirosława Grabowska. On, choć przykryty silnym – przynajmniej werbalnie niezwiązanym z postkomuną – konfliktem PO PiS, nadal trwa. Interesy postkomunistów i ich dzieci nadal istnieją, nadal ludzie służb zachowują swoje wpływy w mediach czy ośrodkach opiniotwórczych, nadal oni mają pieniądze, którymi mogą manipulować opinią publiczną. Zmianie uległy tylko dekoracje. SLD zostało zastąpione przez PO w dziedzinie ekonomicznej czy społecznej (bo to ta partia gwarantuje teraz zachowanie interesów postkomunie), a przez Ruch Poparcia Palikota w kwestiach antyklerykalnych. Stare cele – zniszczenia tradycji z jednej strony i ochrony służb są więc nadal realizowane. A dla graczy spoza sceny tylko to ma znaczenie. Pionki mogą się zmieniać, ale gra trwa nadal.
Tomasz P. Terlikowski

