Ale, żeby rozmowa ta miała rzeczywiście sens, to musi być do bólu uczciwa. Z obu stron. Antyklerykałowie muszą zatem przestać kłamać na temat podatków (księża je wbrew temu, co twierdzą działacze lewicy płacą) czy katechezy (pieniądze na nią przeznaczane to przede wszystkim zwyczajne pensje, jakie otrzymuje każdy, kto pracuje w szkole), a my ludzie Kościoła musimy otwarcie mówić także o błędach czy winach, jakie zostały popełnione. A tych ostatnich nie brakuje ich. Najmocniejszym ciosem mogą być dokumenty czy wiedza, jaką ma Marek P., który przez lata pomagał śląskiemu i małopolskiemu Kościołowi w odzyskiwaniu majątku. Już teraz – w prywatnych rozmowach – księża przyznają, że to może być cios w autorytet Kościoła.

 

Aby jednak ten cios uprzedzić nie wystarczy zmienić metody finansowania czy zlikwidować Fundusz Kościelny (tak jak wcześniej zlikwidowano Komisję Majątkową). Konieczna jest odwaga stanięcia w prawdzie i rozliczenia, także prawnego, ale przede wszystkim kanonicznego, tych, którzy godzili się na łamanie prawa, albo sami je łamali. Miejsce w hierarchii czy staż kapłański nie mogą chronić przed odpowiedzialnością. Ewangelia nie pozostawia tu wątpliwości, że prawda może nas wyzwolić. Ale do takich samych wniosków można także dojść kierując się zasadami marketingu politycznego. Jeśli nie jesteśmy w stanie zataić pewnych informacji, jeśli wiemy, że one wyjdą, to lepiej ujawnić je samemu, pociągając do odpowiedzialności wszystkich zaangażowanych w daną sprawę. Tylko w ten sposób można oczyścić atmosferę i pokazać prawdziwą otwartość i uratować się przed wywlekaniem tych spraw przez nieprzychylne media.

 

Tomasz P. Terlikowski