Wydawać by się mogło, że zasada prymatu prawa naturalnego i sumienia nad prawem stanowionym, przynajmniej od czasu władzy Stalina i Hitlera w Europie, powinna być czymś oczywistym. Systemy totalitarne, w dwudziestym wieku, doskonale pokazały dokąd może doprowadzić obywatela ślepe posłuszeństwo władzy i uznanie, że to państwo może i powinno dyktować nam, co jest dobre a co złe. Obozy koncentracyjne – zarówno te sowieckie jak i hitlerowskie – doskonale pokazują, co człowiek potrafi zrobić drugiemu człowiekowi, jeśli zrezygnujemy z uznania, że sumienie oparte na prawie naturalnym jest czymś ważniejszym niż prawo stanowione.

Nie da się też zmienić tego, że debata nad tym, co jest ważniejsze trwa od początku naszej cywilizacji. „Antygona” Sofoklesa, ale także decyzja Sokratesa, by oddać życie za wierność sumieniu, legły u fundamentów naszego myślenia o państwie i jego prawach, a męczeństwo chrześcijan z czasów rzymskich, którzy wybierali wierność Ewangelii a nie idolatrię wyznaczyło jasne standardy dla chrześcijan. I nic się od tamtego momentu nie zmieniło. Gdy państwo próbuje sobie przypisać atrybuty Boskie, gdy próbuje uznać zło za dobro albo uznać się za władce o godności boskiej (czyli gdy próbuje zostać bałwanem, idolem i nakazać idolatrię) wierzący chrześcijanin musi protestować i sprzeciwiać się, bowiem dla niego prawo Boże, prawo naturalne jest zawsze ważniejsze niż prawo stanowione.

Leszek Miller czy Janusz Palikot muszą to przyjąć do wiadomości. A jeśli tego nie zrobią, jeśli będą chcieli nas zmuszać do rezygnacji z podstaw chrześcijaństwa, ale też podstaw naszej cywilizacji, to nie po raz pierwszy pokażą, że ich celem jest budowa państwa totalitarnego, w którym dla wierzących chrześcijan nie ma miejsca. Nic to dla lewicy nowego. I Hitler i Stalin już zakazywali chrześcijanom wiary. I jeden i drugi przegrali.

Tomasz P. Terlikowski