Prezydencki samolot nie miał prawa spaść w Smoleńsku. Donald Tusk nie miał prawa oddać całej sprawy smoleńskiej w ręce Rosjan, a prezydent Bronisław Komorowski nie powinien być rozpoczynać walki z pamięcią i krzyżem. Niewyobrażalne wydaje się też, by w kilka miesięcy po katastrofie na Krakowskim Przedmieściu młodzież krzyczała „chcemy Barabasza”, a politycy, którzy tak mocno deklarowali, że tragedia ich zmieni, tylko zaostrzali swój język. To wszystko, podobnie jak awantura o krzyż, niszczenie pamięci, prorosyjskie zaangażowanie niemałej części komentatorów i polityków – nie powinno było się zdarzyć. A jednak się zdarzyło. I choć można to tłumaczyć czysto docześnie, to mam wrażenie, że warto się na te zjawiska spojrzeć także z perspektywy religijnej i duchowej. Powodem nie jest zaś chęć unieważnienia empirii (ona też jest ważna), odrzucenia faktów, ale próba dalszego czytania znaków czasu, jakie zostały nam ofiarowane przez Boga w historii, która dzieje się na naszych oczach.
10.04.2010
Pamiętam dokładnie moment, gdy dowiedziałem się o katastrofie. Byłem wtedy u księdza. Rozmawialiśmy o problemach polskiego Kościoła. I wtedy dostałem esemesa: „Prezydent? Módlmy się”. Nie zrozumiałem go i uznałem, że chodzi o jakąś kolejną rozróbę z prezydentem obsadzonym przez media w roli głównej. Oddzwoniłem jakiś kwadrans później. Była 9.20. Jurek płakał. - Nie wiesz? Prezydencki samolot spadł. Oni nie żyją – wyrzucił z siebie. Jakby mi ktoś dał obuchem po głowie. Włączyłem radio. Jechałem na uczelnię. Płakałem i odmawiałem Koronkę do Miłosierdzia Bożego. I odbierałem esemesy od znajomych. „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas” - napisałem wtedy. I to modlitewne wezwanie pozostało we mnie przez kolejne dni i tygodnie. Pozostało, bo mam przekonanie, że – choć brzmi to paradoksalnie – tylko przez Boże Miłosiedzie można zrozumieć to, co się wtedy stało.
Do Bożego Miłosierdzia odsyła nas bowiem data, kiedy wydarzyła się ta dramatyczna tragedia. Dla człowieka wierzącego nie jest przypadkiem, że Tu-154 spadł właśnie w wigilię Niedzieli Miłosierdzia, w „liturgiczne” wspomnienie śmierci Jana Pawła II. Tak jak nie jest przypadkiem, że skład delegacji był właśnie taki, że stanowiła ona Polskę w miniaturze. Bóg chciał nam coś wtedy powiedzieć... I powiedział bardzo mocno. A zrozumienie tego, co to było, wciąż stoi przed nami. Dla mnie to był jednak sygnał jednoznaczny: przypomnienie, że nie będziemy zwyczajnym, normalnym narodem, że cierpienie jest jakoś w nas wpisane, ale także, że jesteśmy wezwani do czegoś więcej, niż „polityka ciepłej wody w kranie”. Ale, żeby nie było wątpliwości, nie chodziło o sygnał polityczny, ale religijny. Smoleńsk miał nam przypomnieć, że stoi przed nami zadanie formułowane przez św. Faustynę, św. Maksymiliana, ale także Jana Pawła II. Jest nim zaś niesienie światu Ewangelii, przygotowywania go – przez głoszenie Bożego Miłosierdzia – na powtórne przyjście Pana.
Przesada? Mesjanistyczna histeria? Można tak myśleć! Ale jeśli to wszystko jest tylko przypadkiem, to dlaczego, gdy już zajęliśmy się rozważaniem, kto przyleci na pogrzeb i jak bardzo zostanie uhonorowana Polska, to nad Europą pojawiła się chmura wulkaniczna? Czy to też tylko przypadek? A może jednak Bóg chciał nas skupić nie na politykach, nie na samozadowoleniu, a na rozważaniu samej sytuacji w jej wymiarze duchowym? Takie mocne przypomnienie: zajmijcie się sobą, a nie innymi!
Niedopełniona metanoia
Pierwszym krokiem na drodze zajmowania się sobą powinno być nawrócenie. Mocno powiedział to Polakom Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Polski w roku 1982. Znajdowaliśmy się wówczas w głębokiej traumie po zduszeniu Soliarności. A papież wzywał nas do nawrócenia, uświadomiając, że jest to jedyna droga do zbudowania wolnego, mocnego, suwerennego kraju. Demoralizacja, odrzucenie wartości to prosta droga do zagłady. „Naród ginie, gdy znieprawia swojego ducha – naród rośnie, gdy duch jego coraz bardziej się oczyszcza: tego żadne siły zewnętrzne nie zdołają zniszczyć" – mówił papież na Jasnej Górze. A na Stadionie Dziesięciolecia uzupełniał: „tylko zwycięstwo moralne może wyprowadzić społeczeństwo z rozbicia i przywrócić mu jedność”.
Za tymi słowami szedł zaś głębszy program pokazujący, jak owo nawrócenie powinno wyglądać. Dla zdrowia narodu (i jednostek) konieczne jest posłuszeństwo prawu dobrze ukształtowanego sumienia, nazywanie dobra i zła po imieniu i wreszcie przezwyciężanie zła i pomnażanie dobra. Okoliczności, warunki zewnętrzne, otoczenie społeczne czy międzynarodowy kontekst sytuacji nie zwalniają nigdy Polaków z obowiązku życia zgodnie z moralnością. A jest to obowiązek tym istotniejszy, że – jak wskazywał Jan Paweł II – „doświadczenia historyczne mówią nam o tym, jak i ile kosztowała cały naród polski okresowa demoralizacja”. I dlatego, gdy Polska walczyła o lepsze jutro, o nowy kształt własnej wolności, jej obywatele nie mogą zapominać o własnej moralności, bowiem kształt Ojczyzny zależy „od tego, jaki będzie człowiek”.
I trudno nie zadać sobie (nie innym, ale przede wszystkim sobie) pytania, czy rzeczywiście zdałem egzamin z bycia człowiekiem po 10 kwietnia. Czy potrafiłem w inaczej myślącym dostrzec bliźniego, czy od razu postrzegałem go jako wroga albo oszołoma, zdrajcę albo wariata? Czy potrafiłem dostrzec w decyzjach jakiś wymiar dobrej woli czy od razu interpretowałem je politycznie? Czy potrafiłem szanować żałobę i uczucia? Czy chciałem rozmawiać, spotkać się czy od razu odrzuciłem innych na margines (jakkolwiek rozumiany). Czy tamte twarze z mocnego ołtarza z Placu Piłsudskiego, przypominały mi o godności i pamięci, czy - przeciwnie - irytowały mnie... To nie są pytania, na które powinniśmy odpowiadać publicznie. Ale warto się nad nimi zatrzymać, by rachunek sumienia doprowadził nas (nas czyli mnie i Ciebie, a nie ich) do przemiany.
Budowanie domu
Ale jest jeszcze jeden wymiar, o którym trudno mówić w przestrzeni publicznej, bo jest on czysto religijny. Otóż wydaje mi się, że Smoleńsk po raz kolejny przypomniał nam, że „jeżeli Pan domu nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą. Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże, strażnik czuwa daremnie” (Ps 127 [126], 1). Wydawało nam się, że jesteśmy już bezpieczni, że Polska w Unii Europejskiej i NATO jest już wolna od nieustannego cierpienia, że teraz nasi obywatele są bezpieczni. Ale tak nie jest. Bezpieczeństwo, prawdziwe i pełne, może nam dać bowiem tylko ucieczka do Pana. Także w wymiarze politycznym.
Pokazuje to zresztą mocno teologia Starego Testamentu, w której Izrael (o czym przypominają dzisiejsze czytania z księgi Ozeasza) upada za każdym razem, gdy zamiast pokładać zaufanie w Bogu zaczyna je pokładać w potęgach ludzkich, czy w czystej polityce. I z nami, jak się zdaje, jest jakoś podobnie. Gdy zaufaliśmy Bogu – tak jak uczył nas Prymas Tysiąclecia i Jan Paweł II – to Bóg wbrew nadziei, a czasem i wbrew naszym małym stabilizacjom wyprowadził nas z komunistycznego zniewolenia. Gdy zaczęliśmy ufać samym sobie, Unii Europejskiej czy politykom – przypomniał nam, że miasto może być ustrzeżone wyłącznie mocą Pańską.
I kolejne wydarzenia tylko umacniały ten przekaz. Nie udało nam się zbudować jedności, zachować choć części atmosfery, ponieważ nad religię i jej symbole postawiliśmy politykę. I żeby nie było wątpliwości – mówiąc my – mam na myśli nas wszystkich, a nie tylko „onych” z drugiego obozu. Zamiast zaufania Bogu wybraliśmy zaufanie naszym liderom (i znowu to „my" ma znaczyć my, a nie „oni”), zamiast potrzeby walki duchowej, wybraliśmy walkę polityczną. I ponosimy skutki tego nie odczytania znaków.
Biblia nie pozostawia jednak wątpliwości, że zawsze możemy wrócić do źródeł Bożego Miłosierdzia, i jak Jonasz – nieco pod przymusem – wypełnić Boże powołanie. O ten powrót wypada zaś się modlić tą samą modlitwą, która tak wielu z nas przyszła do głowy 10 kwietnia. „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas”... Możemy wrócić i zacząć od nowa. To trudne, ale możliwe. W Bogu, przez zaufanie Jemu, a nie przez polityczne kalkulacje.
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

