Słowem Ewa Siedlecka, bo to jej powierzono, wiekopomne dzieło skrytykowania prezydenta za mszę. „Podstawą współczesnych systemów konstytucyjnych są poszanowanie praw mniejszości i świeckość państwa. Msza jako element państwowych uroczystości w Święto Konstytucji to co najmniej niezręczność i niezrozumienie ducha współczesnego konstytucjonalizmu” – oznajmia Ewa Siedlecka. I uzupełnia: „W Święto Konstytucji władze państwowe pośpieszyły ma mszę zamiast do Trybunału Konstytucyjnego, który jest strażnikiem konstytucji. A tam też odbywały się uroczystości. Pospieszyły do archikatedry zamiast do Parlamentu, gdzie konstytucję uchwalono i gdzie stanowi się prawo, które powinno być z nią w zgodzie. W Święto Konstytucji, zamiast afirmować konstytucyjne wartości, po raz kolejny zrobiły gest wykluczający obywateli nie-katolików. A także tych obywateli-katolików, dla których ważna jest zasada świeckości państwa”.
I wszystko byłoby super, gdyby tylko Ewa Siedlecka zechciała zauważyć, że nie wszędzie w Europie obowiązują francuskie standardy traktowania religii, wedle których urzędnik państwowy nie może się afiszować ze swoją religią. Gdyby zechciała zaakceptować polską tradycję, w której – czy to się komuś podoba czy nie – katolicyzm i jego rytuały są wprzęgnięte w życie państwa i narodu, stając się czymś w rodzaju polskiej wersji amerykańskiej religii cywilnej. Taka jest nasza tradycja, takie są nasze zwyczaje, i nie ma najmniejszych powodów, byśmy zastępowali je tradycjami francuskimi, które zbudowane są na krwi tysięcy zamordowanych księży, zakonnic i zwyczajnych katolików. Standard świeckości, jaki proponuje Ewa Siedlecka, jest żywcem przeniesiony z antyreligijnych polemik rewolucjonistów, którzy swoją wrogość wobec religii ostatecznie zamanifestowali pierwszym w Europie zorganizowanym ludobójstwem w Wandei.
Nasza tradycja była inna. I Konstytucja 3 maja (a to właśnie jej, a nie jakiejś ogólnej konstytucji, powstanie świętujemy) była tego najlepszym dowodem. Wprowadzając wolność wyznania jasno i zdecydowanie deklarowała, że to katolicyzm pozostaje w Polsce religią dominującą. Teraz nie ma miejsca na takie zapisy, ale czas godzić się z rzeczywistością. W Polsce nie ma innego wspólnego wszystkim Polakom języka wartości, niż język Kościoła. Mało tego komuniści sprawili, że świeckie modele uprawiania polityki czy budowania państwa zostały zamordowane wraz z ich nosicielami, a lewicowy język został skutecznie skompromitowany. I pozostał nam tylko język religii. Ten, kto to kwestionuje proponuje nam w istocie lekko zakamuflowany nihilizm, który nie opłaca się Polakom. Także niewierzącym.
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

