Elity panicznie boją się zbiorowych emocji, które pokazują, że nasz naród jest jak lawa, i że ognia w nim i sto lat nie wyziębi. Te emocje nie są często, ale 2 kwietnia 2005 roku, czy w dniach po 10 kwietnia 2010 było je zwyczajnie widać. Mocna, patriotyczna, wierząca Polska wyszła na jaw, pokazała się, mogła się policzyć. I choć w tym drugim przypadku błyskawiczna akcja medialna wykorzystująca Wawel i krzyż zniszczyła, przynajmniej częściowo to doświadczenie, to elity wciąż obawiają się, że taka sytuacja może się powtórzyć.

Nie ma takiej szansy 10 kwietnia. To doświadczenie zostało już zbyt mocno ośmieszone, sprofanowane, zbeszczeszczone. Podział smoleński – na tych, którzy chcą zapomnieć, pominąć to gigantyczne doświadczenie i tych, którzy chcą prawdy i pamięci – jest zbyt głęboki, by poczucie wspólnoty wszystkich, albo przynajmniej większości Polaków mogło się powtórzyć. Platformie Obywatelskiej i wiernie służącym jej mediom udało się – w niemałej części społeczeństwa – zbudować przekonanie, że każdy akt pamięci o ofiarach, a nawet uznanie, że ich śmierć jest ofiarą z życia jest już oszołomstwem, które służy Prawu i Sprawiedliwości. I w dużej mierze tak już zostanie. Podział smoleński zostanie wpisany w nasze myślenie polityczne, a wokół pamięci uda się zebrać tylko znaczącą, ale jednak nie większościową grupę Polaków. Nie uda się nawet zebrać tych wszystkich, którzy w kwietniu 2010 stali na ulicach i płakali. Strategia na ośmieszenie się udała.

Szansą na odnowienie impulsu moralnej jest natomiast wciąż majowa beatyfikacja Jana Pawła II. Wiedzą o tym także nasze elity. I dlatego już teraz rozpoczęły wzmożoną pracę nad tym, by wszystkie moralne, metapolityczne czy patriotyczne impulsy związane z beatyfikacją zagłuszyć, by z wielkiego święta wolności, patriotyzmu, moralności, republikanizmu, a przede wszystkim wiary zrobić drętwe obchody, które mają dodatkowo uwiarygodniać III RP. Przesadzam? To proszę sobie zadać pytanie, czym jest idiotyczna dyskusja nad wyjazdem Wojciecha Jaruzelskiego do Watykanu? Sondaże (bo nawet takie się pojawiły) sugerują, że 61 procent Polaków jest za! A 31 przeciw (ale to PiS-owcy oznajmia szef instytucji, która badania przeprowadziła, z lekceważeniem).

I nikt nie zadaje pytania: po co Jaruzelski miałby uczestniczyć w beatyfikacji? Czy generał wierzy w Boga, w świętość, w życie wieczne? Jeśli tak, to chwała Bogu, ale warto, by o tym powiedzieć, zaświadczyć o swoim nawróceniu i zadośćuczynić krzywdom. I wtedy niech leci nawet z polskim Episkopatem. Ale jak na razie nic o tym nie wiadomo. Jeśli nic się nie zmieniło, to generał nadal jest ateistą, dla niego zatem beatyfikacja jest mniej więcej taką uroczystością, jak dla mnie sypanie mandali w Tybecie. Nie ma zatem powodów, by do Watykanu go zabierać. A jeśli jakiś jest to tylko taki, by wywołać narodową dyskusję o niczym, i próbować po raz kolejny dowodzić, że Jan Paweł II był wielbicielem III RP, gorąco szanował Jaruzelskiego i też uważał go za „człowieka honoru”. Każdy zaś, kto ma odmienne zdanie jest oczywiście antypapieskim oszołomem.

I tak okazja do przypomnienia o wielkim projekcie zbudowania Rzeczypospolitej chrześcijańskiej, jakim zaproponował nam Jan Paweł II, przekształci się w kolejną promocję opartej na niemoralnych podstawach III Rzeczpospolitej. I w gruncie rzeczy o to chodzi. Nie dajmy się więc zwariować.

Tomasz P. Terlikowski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »