Poprawka, którą zgłosiło Prawo i Sprawiedliwość wydawała się zupełnie oczywista. Chodziło w niej tylko o to, by przypomnieć, że w Polsce (także według naszej konstytucji) małżeństwem jest związek kobiety i mężczyzny, a także, że ustawodawstwa innych krajów, które takie związki dopuszczają nie mogą u nas obowiązywać. Słowem oczywista oczywistość, która dla nikogo (a już na pewno nie dla posłów, którzy podają się za katolików) nie powinna stanowić problemu.

I oto nagle okazuje się, że w polskim Sejmie, pięć lat po śmierci Jana Pawła II, a tuż przed jego beatyfikacją, dwa dni po pielgrzymce na Jasną Górę, posłowie nie są w stanie tego przegłosować. A także, że niemała część polityków mówiących o swojej wierze głosuje całkowicie jednoznacznie wbrew stanowisku Kościoła i prawu naturalnemu. Inni (z PiS) zaś (wstyd!!!) właśnie w czasie tego głosowania muszą wyjść do toalety czy w ogóle ich nie ma.

Głosowanie zaś w takiej sytuacji jest obowiązkiem (aż trudno nie powiedzieć psim obowiązkiem) każdego polityka. I to nie byle jakie głosowanie, ale głosowanie w obronie małżeństwa. „Jeśli wszyscy wierni mają obowiązek przeciwstawienia się zalegalizowaniu prawnemu związków homoseksualnych, to politycy katoliccy zoobowiązani są do tego w sposób szczególny, na płaszczyźnie im właściwej. Wobec projektów ustaw sprzyjających związkom homoseksualnym trzeba mieć na uwadze następujące wskazania etyczne. W przypadku gdy po raz pierwszy zostaje przedłożony Zgromadzeniu ustawodawczemu projekt prawa przychylny zalegalizowaniu związków homoseksualnych, parlamentarzysta katolicki ma obowiązek moralny wyrazić jasno i publicznie swój sprzeciw i głosować przeciw projektowi ustawy. Oddanie głosu na rzecz tekstu ustawy tak szkodliwej dla dobra wspólnego społeczności jest czynem poważnie niemoralnym. W przypadku, kiedy parlamentarzysta katolicki ma do czynienia z prawem przychylnym związkom homoseksualnym już ustanowionym, musi on przeciwstawić się w możliwy dla siebie sposób i uczynić publicznym swój sprzeciw: chodzi o należyte świadectwo prawdzie” – można przeczytać w dokumencie Kongregacji Nauki Wiary „Uwagi dotyczące projektów legalizacji związków między osobami homoseksualnymi”.

Nasi posłowie stanęli właśnie przed testem. Większość z nich (fakt, że nieznaczna nie może stanowić pociechy) go nie zdała. Są wśród nich także pracownicy katolickich uczelni (Joanna Mucha), członkowie Rycerzy Kolumna (Michał Szczerba) i ludzie podający się za katolików. I już choćby to sprawia, że – choć głosowanie już przeminęło – teraz przyszła pora na kolejny test. Tym razem dla społeczeństwa i Kościoła. Ten ostatni powinien  bowiem wyciągnąć wnioski z tego, że pewna część jego wiernych przykłada rękę do rozwalania rodziny, i w duchu pokory, ale i prawdy przypomnieć im, że dopóki nie dokonają publicznej pokuty za swój publiczny czyn, to nie mogą przystępować do komunii. Egzekwowanie tego stanowiska jest także ważnym testem tego, czy Kościół hierarchiczny chce walczyć o rodzinę, czy powoli traci smak…

Ale ta sprawa to również ważny sygnał dla nas. Dzięki głosowaniom w sprawie in vitro i małżeństwa mamy bowiem jak na dłoni, to kto jest kim! Skorzystajmy z tej wiedzy w głosowaniu. Niech rozmaitej maści przeciwnicy życia i rodziny nigdy więcej nie otrzymają naszych głosów. Lista jest znana. Trzeba z niej tylko skorzystać!

I na koniec trudno nie podzielić się refleksją, że nie mamy już wiele czasu na działanie. Wydarzenia wyraźnie przyspieszają. Jeśli się nie zmobilizujemy teraz, to za pięć, może dziesięć lat (a może jeszcze szybciej) będziemy mieli w Polsce „małżeństwa homoseksualne”, a politycy, którzy je przegłosują będą fetowani przez część hierarchów. Niemożliwe? To zobaczmy, co stało się w Kanadzie. Tam wszystkie zmiany obyczajowe wprowadzili politycy katoliccy, przy aprobacie hierarchii.

Tomasz P. Terlikowski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »