I dlatego list – opublikowany dziś przez „Gazetę Wyborczą” naprawdę szokuje. Grupa dobranych autorytetów (wcale nie tylko z jednej strony) atakuje w nim (można powiedzieć, że nieszczególnie ostro, ale jednak dotkliwie) IPN. Opiera się przy tym nie na faktach, a na spreparowanej przez Wojciecha Czuchnowskiego narracji, która z rzeczywistością niewiele ma wspólnego (co pokazujemy na Frondzie.pl).
Ale, jako że do „symulakrów GW” można się było już przyzwyczaić, to pominę ten drobny element milczeniem. O wiele bardziej interesujące jest to, że sygnatariusze listu zupełnie otwarcie przyznają się do tego, że nie chcą, by IPN zajmował się dostarczaniem dokumentów czy poznawaniem prawdy, ale by umacniał środowiskowe mity „Gazety Wyborczej”.
„To, że Jacek Kuroń i Karol Modzelewski byli w latach sześćdziesiątych dwukrotnie skazani na kary więzienia za działalność polityczną, jest faktem opisanym w podręcznikach szkolnych i powszechnie w Polsce znanym. Tylko dwie ważne instytucje państwowe, z których jedna ma stać na straży narodowej pamięci, a druga - na straży praworządności, od trzech miesięcy nie są w stanie tego faktu urzędowo potwierdzić” – oznajmiają sygnatariusze listu. I niby to prawda, ale jednak nie do końca. Otóż dla IPN fakt, że coś jest opisane w podręcznikach szkolnych i powszechnie znanym nie jest dowodem. Dowodem są dokumenty. A tych jest 60 tomów. I trzeba je nie tylko uporządkować, ale i dostarczyć do sądu w stanie nadającym się do użytku. A to wymaga czasu, nawet jeśli rzecz dotyczy Karola Modzelewskiego.
Dla sygnatariuszy jednak takie drobiazgi, jak czas czy porządek w papierach się nie liczą. Oni domagają się wydawania decyzji sądowych na podstawie podręczników szkolnych i powszechnej wiedzy. Tyle tylko, że gdyby się na to zgodzić, to mogłoby się łatwo okazać, że list Kuronia i Modzelewskiego mógłby uchodzić za jakąś pierwszą jaskółkę wolnego, niekomunistycznego słowa, a nie za krytykę ustroju komunistycznego, z jeszcze bardziej lewicowych i komunistycznych pozycji. Konia z rzędem bowiem temu, kto wie, że ta pierwsza krytyka (za którą Modzelewski i Kuroń odsiedzieli swoje, co sprawia, że trzeba ich traktować poważnie i oddać szacunek za wierność poglądom) była właśnie o wiele bardziej komunizująca, niż to, co proponował wówczas Polakom towarzysz Wiesław.
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

