Dla mnie Margaret Thatcher nie jest przede wszystkim twórczynią polityki neoliberalnej, ale jedną z pogromczyń komunizmu. Bez niej, bez jej współpracy z prezydentem Stanów Zjednoczonych i papieżem nie udałoby się zwyciężył Związku Sowieckiego i wyzwolić niemałej części Europy. U podstaw tej współpracy leżała odwaga trzech osób, które uznały, że mimo wszystkich dzielących ich różnic, wspólnie oceniają komunizm i inaczej, niż niemała część świata zachodniego chcą go pokonać, a nie dialogować z nim. I tak się stało. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Watykan, w których w tym samym mniej więcej czasie do władzy doszli wizjonerzy doprowadziły do klęski politycznej komunizmu.
Dziś brakuje nam takich polityków. Nie ma, przymajmniej w polityce ludzi, którzy mieliby odwagę rzucić wyzwanie dominującym dyskursom i zmierzyć się z nową falą lewackiego (już nie tylko ekonomicznego, ale przede wszystkim obyczajowego) dyskursu. A ich potrzeba jest widoczna gołym okiem. Jeśli szybko nie pojawią się w polityce ludzie na miarę właśnie „Żelaznej Damy” czy Ronalda Reagana to przegramy walkę o przyszłość Europy i świata zachodniego, a komunizm – choc na moment pokonany – ostatecznie zwycięży już nie poprzez struktury ekonomiczne, ale za pośrednictwem kultury. I właśnie kultura jest główną przestrzenią walki z komunizmem i jego pogrobowcami, która wciąż się toczy.
Tomasz P. Terlikowski
