Przed nami jeszcze debaty nad „równouprawnieniem” pewnych form pedofilii, zoofilii, dendrofilii itd., itp. One przyjdą, i to raczej wcześniej niż później. A przyjdą, bowiem istotą współczesnego rozumienia człowieka jest jego samorealizacja, indywidualna ekspresja, której normy moralne czy zasady życia społecznego tylko przeszkadzają. Jeśli do tego dodać fakt, że seksualność została – we współczesnym świecie – sprowadzona wyłącznie do metody poszukiwania i osiągania przyjemności, a całkowicie wykreślono z niej zarówno płodność, jak i odpowiedzialność za drugą osobę, to trudno dostrzec jakiekolwiek powody, dla których „postęp” w dziedzinie seksualnej miałby się zatrzymać.
Tym, co konieczne, by przerwać ten ciąg, jest zatem kontrrewolucja seksualna. Jej podstawą musi zaś być… antropologia chrześcijańska (czy szerzej - judeochrześcijańska), która wyrasta z przyjęcia, iż mężczyzna i kobieta realnie się od siebie różnią, że ludzka seksualność wpisana być musi w przestrzeń moralności, że jej celem jest płodność i wzrastanie w miłości i odpowiedzialności za drugą osobę. Z tych prostych zasad wynikają „kontrrewolucyjne wnioski”.
Otóż po pierwsze wynika z nich, że seksualność może być realizowana wyłącznie w małżeństwie (bo odpowiedzialność za drugą osobę i potencjalne dzieci tego wymaga). Po drugie małżeństwo to wyłącznie związek stały i nierozerwalny kobiety i mężczyzny (bo antropologia, zasada uzupełniania i pełni człowieczeństwa i płodność). Po trzecie płodność jest na trwałe wpisana w małżeństwo i nikt nie ma prawa jej usuwać z aktu seksualnego (bo niszczy to celowość aktu małżeńskiego). Po czwarte przyjemność nie jest i nie może być głównym celem pożycia seksualnego.
Tyle w wymiarze osobistym. Ale żeby kontrrewolucja mogła się dokonać, konieczne są również zmiany prawne. Chrześcijanie mają obowiązek (jeśli chcą, by nasza cywilizacja przetrwała) odwracać zmiany, jakich dokonali postępowcy. Trzeba wrócić do zakazu (a przynajmniej maksymalnego utrudnienia) rozwodów, wycofać się z jakiegokolwiek dofinansowywania antykoncepcji (a z czasem wymusić na koncernach opublikowanie danych pokazujących, że pigułki są przynajmniej równie szkodliwe jak palenie); zacząć także finansowo wspierać rodziny wielodzietne. I powrócić do restrykcyjnego i egzekwowanego prawa dotyczącego sfery seksualnej.
Tak, wiem, że to wygląda jak marzenia. Ale trzeba mieć świadomość, że jeśli tego nie zrobimy, to za lat dwadzieścia, może trzydzieści nasze dzieci będą się uczyły, że pedofilski seks jest ich świętym prawem, że dendrofilia rozwija je mentalnie, a zoofilia (za zgodą psa) to „bezpieczny seks” (bo nie grozi ciążą). A za pięćdziesiąt lat kierunek zmian zostanie odwrócony, z zachowaniem jedynie wielożeństwa. Tyle, że zamiast Europy będziemy mieli tu zjednoczone emiraty.
A zatem kontrrewolucja seksualna albo śmierć. Wybór należy do nas!
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

