Jak żart wygląda już lead tekstu Makowskiego (pod tytułem: „Postępowcy, łączcie się”, zamieszczonego w "Gazecie Wyborczej"). „Dobry news: jeśli chcesz być w Polsce chrześcijaninem nie musisz być konserwatystą. Zły: Jeśli chcesz być liberalnym chrześcijaninem musisz mieć sporo odwagi” - oznajmia autor (albo redaktor). I już to rodzi uśmiech na twarzy. Taki na przykład Makowski musi się wykazywać straszliwą odwagą. Jest szefem think tanku rządzącej partii, nikt nie puka do niego o 6 nad ranem, bierze niezła kaskę, i publikują go w największych gazetach („Polityka”, „Newsweek”, „Gazeta Wyborcza” czy „Rzeczpospolita”). Jeśli zaś coś może go spotkać, to co najwyżej delikatne przypomnienie, że po śmierci czeka go sąd. I że będzie on sprawowany nie według zasad liberalno-postępowej inteligencji, ale Bożych...
Wielkim cierpieniem jest dla Makowskiego również to, że biskupi i świeccy komentatorzy przypominają jasno i zdecydowanie, że głosowanie za zabijaniem, czy to w przez aborcję czy procedurę in vitro wyklucza ze wspólnoty wiary. Uciekając zaś przed tą prawdą, udaje, że to wymysł prawicy religijnej, a nie fundamentalna zasada prawa kanonicznego i życia kościelnego. Zasada, którą do prawa kanonicznego wprowadzono na osobistą prośbę Jana Pawła II.
Na tym nie koniec dowcipów Makowskiego. Z dalszej części jego tekstu można się dowiedzieć, że jestem „jednym z liderów religijnej prawicy”. Zabawna to dla mnie informacja, bo żeby być liderem środowiska politycznego wypadałoby mieć za sobą jakąś partię, organizację, czy cokolwiek innego. Jedynym zaś środowiskiem jakie reprezentuje jest Fronda, która zresztą nie ma aspiracji politycznych. Takie drobiazgi jednak Makowskiemu nie przeszkadzają. Jeśli nie da się polemizować z argumentacją, to trzeba zaetykietować przeciwnika. I to właśnie Makowski robi. I w zasadzie powinienem się cieszyć, bo zawsze mógł napisać o skrajnej faszystowskiej prawicy, albo o katotalibanie. A on łagodnie, tylko o liderze „religijnej prawicy”.
Zaraz po tym fragmencie nadchodzi zaś moment dowodzący trudności z czytaniem szefa think tanku PO. „... Terlikowski z wrodzonym sobie talentem do obrażania ludzi pisze, szydząc z liberałów i postępowców, że zasadniczo są leniami, którzy nie kiwną palcem, by bronić swoich wartości i przekonań. «Aborcjoniści nie są w stanie zebrać w trzy tygodnie pół miliona podpisów Polaków opowiadających się za aborcją. I to najlepiej pokazuje, że Polska się zmienia, a Polacy stają się coraz bardziej pro life»” - oznajmia Makowski. I konia z rzędem temu, kto znajdzie w zdaniu przez niego cytowany „szyderstwo” czy obrażanie ludzi, a także sugestie, że brak pół miliona podpisów bierze się z lenistwa. Gdyby Makowski przeczytał własny tekst, to rzuciłoby mu się w oczy, że pisałem o zmianie postaw, a nie o lenistwie. Ale cóż, widocznie nie przeczytał, za to napisał odpowiedź.
Późniejsze fragmenty tekstu nie są już tak śmieszne. Jarosław Makowski próbuje bowiem przekonywać, że można być chrześcijaninem i opowiadać się za zabijaniem. I robi to w sposób typowy. Zaczyna od tego, że aborcjoniści są przeciw aborcji, a jedynie za tym, by była ona zgodna z prawem. Absurd to całkowity. To mniej więcej tak, jakbym powiedział, że jestem stuprocentowym przeciwnikiem okradania Jarosława Makowskiego, ale też nie uważam, by prawo miało bronić jego własność, bo są przecież sytuacje dramatyczne, w których pieniądze Makowskiego mogą być komuś zwyczajnie potrzebne.
Dalej zaś wieszczy Makowski powstanie chrześcijaństwa niekonserwatywnego, które opierać by się miało na „tolerancji, kompromisie i szacunku”, czyli „żywiole Ewangelii. Owo chrześcijaństwo miałoby być oparte na genderowej koncepcji rodzicielstwa, w którym Bóg przestaje być surowym ojcem czy sędzią, a staje się empatycznym, łaskawym, niewymagającym „rodzicem” (bo niby sformułowanie ojciec jest nieneutralne genderowo, i niezdrowe). Fakt, że taki obraz Boga nie ma nic wspólnego z Biblią, jakoś Makowskiemu nie przeszkadza. Ważniejsze jest bowiem, że dzięki takiemu postawieniu sprawy może on stwierdzić, że liberalni chrześcijanie mogą zjednoczyć się z postępowcami niereligijnymi, którzy „wyznają analogiczne wartości i mają te same polityczne cele”.
To ostatnie krótkie zdanie pokazuje zresztą, że liberalne chrześcijaństwo zwyczajnie nie jest już chrześcijaństwem. Chrześcijanin nie wyznaje bowiem tych samych wartości, co postępowiec. Dla człowieka wierzącego prawodawcą jest Bóg, a nie człowiek. Jeśli zaś uważa inaczej, to ma problem z tym, w co wierzy. Tak, jak niestety Jarosław Makowski, który może i jest postępowcem, ale niestety coraz mniej chrześcijaninem. Powodem nie jest zaś brak konserwatyzmu, ale brak wiary w Boga, który jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze. Boga, który jest Ojcem, a nie Rodzicem. I Boga, który sam stanowi prawo, także natury.
Tomasz P. Terlikowski

