Tyle, że tak nie jest. Prawo i Sprawiedliwość, wreszcie (może jest to wpływ istnienia Solidarnej Polski, która zagraża im z prawej strony, może koalicji z Prawicą Rzeczpospolitej, a może – czego też wykluczać nie należy – głębszej konwersji liderów tej partii) postanowiła poważnie potraktować własne deklaracje o chrześcijańskim myśleniu. I dlatego wprowadziła do Sejmu dwa projekty, które mają bronić ludzkiego życia, które niszczone jest w trakcie zapłodnienia in vitro. Było, oczywiście od samego początku jasne, że wywołają one skandal, że dziennikarze i politycy innych partii rzucą się na ten projekt jak pies na sukę w rui, i będą się na nim wyżywać do upadłego. Łatwo się było także domyśleć, że propagandyści związani z PO wykorzystają te projekty, by przesłonić nimi inne sprawy, choćby finansowe, a media zaczną znowu budować wizję PiS jako talibanu, co nie przełoży się na większe poparcie tej partii w sondażach.
To wszystko prawda, i trudno nie zgodzić się z Łukaszem Warzechą, który w dzisiejszym „Fakcie” tak opisuje skutki polityczne decyzji PiS o zgłoszeniu dwóch projektów ustaw. Jeszcze ostrzej wypowiadają się na temat tych projektów konserwatywni komentatorzy i to nawet na prawicowych portalach. Ich zdaniem to samobójstwo, które przyczyni się do spadku poparcia sondażowego PiS. Pewnie tak też będzie. Ale polityka nie powinna, nie może opierać się wyłącznie na analizach słupków sondażowych. Do najbliższych wyborów mamy jeszcze sporo czasu, teraz więc można uprawiać politykę poważną, poświęconą poważnym sprawom.
A in vitro jest właśnie taką sprawą o wiele ważniejszą niż ulgi na dzieci czy 50 procent uzyskania przychodu dla twórców. W tych sprawach chodzi bowiem o kasę, a w in vitro o życie. Codziennie w wyniku tej procedury giną ludzie na najwcześniejszym etapie rozwoju, codziennie przeprowadzane są eksperymenty (bo każde zapłodnienie tą metodą jest nieustającym eksperymentem), które mogą doprowadzić do zmiany genetycznej puli ludzkości. A w lodówkach mamy wciąż od 60 do 70 tysięcy zamrożonych ludzi, którzy nie mają szans na narodziny (tylko w trakcie rozmnażania zginie 40 procent z nich). Życie ludzkie nie jest i nie może być tematem zastępczym. Dla katolika w polityce, ale także dla człowieka niewierzącego, który poważnie traktuje swoje zaangażowania nie ma i nie może być nic ważniejszego niż obrona życia. Sondaże mogą się zmienić, a pytanie, czy broniłeś życia, gdy większość była przeciwko niemu, będzie – jeśli nie po tej stronie, to po tamtej – stawiane niezwykle wyraźnie. Politycy nie będą zaś rozliczani przez przyszłe pokolenia i Sędziego, z 50 procentowego kosztu uzyskania przychodu dla dziennikarzy, ale z tego, czy uratowali życie ludzkie.

