Gdy przyjrzeć się uważnie postulatom Janusza Palikota, które od przedwczoraj zamieszcza on na swoim blogu, okaże się, że ich istotą jest – ni mniej ni więcej – tylko zmiana Kodeksu Prawa Kanonicznego. Polityk ten domaga się, by Kościół zmienił zapisy zawarte w tym dokumencie, a także by zakwestionował istotny element swojej doktryny, jakim jest przekonania, że chrztu zmyć nie można, że nie można przestać być ochrzczonym, że byłe nie może stać niebyłym (to już nawet nie doktryna tylko normalna obserwacja rzeczywistości). W imię nowoczesnego państwa domaga się on również, by zmieniać stare zasady Kościoła.
I choć można by to uznać za zwyczajny przejaw głupoty (i tym on w istocie jest), to nie ma się co oszukiwać, że Palikot nie wie, co robi. On ma świadomość, że w absurdalnych by nie powiedzieć wprost idiotycznych postulatach zmieniania przez państwo doktryny Kościoła czy jego prawa, znajdzie wsparcie dziennikarzy (ot, choćby Moniki Olejnik, która w imię obrony wolności religii chce zakazywać ewangelizacji) i skrajnie lewackich publicystów, którzy jak mantrę powtarzać będą opinie o średniowiecznym zaścianku (od filozofa, jakim jest Palikot można by jednak oczekiwać wiedzy na temat zasług, jakie miało średniowiecze, a nie powtarzania głupawych stereotypów) i o winie Kościoła, który ewangelizuje i nie chce uznać, że apostazja to fajny gest. I tak tworzyć się będzie „kozioł ofiarny”, którego winą będzie jedynie to, że nie godzi się on na odebranie sobie wolności (jak to się stało w przypadku skandynawskich wspólnot luterańskich, w których o doktrynie decydowało państwo).
W czasach kryzysu taki „kryzys ofiarny” jest zwyczajnie potrzebny, by można na niego zrzucić winę za całe zło, jakie dzieje się w naszym kraju lub przynajmniej walką z nim przesłonić realne problemy, z jakimi zmagać się musimy. Po co rozmawiać o koniecznej polityce pronatalistycznej, skoro lepiej rozstrząsać, jak wyglądać powinno prawo kanonicznej? Zamiast zajmować się postulatami „Solidarności” lepiej rozmyślać o tym, że paskudny Benedykt XVI zmienił prawo kanoniczne, tak że trudniej jest „wystąpić z Kościoła”? Itd. Po co zastanawiać się nad tym, czy przypadkiem władza nie odbiera nam wolności, skoro lepiej (dla władzy oczywiście) o odbieranie wolności wyboru poprzez ewangelizację oskarżać Kościół?
I nie oszukujmy się, że to nie będzie przynosić rezultatów. Usłużni, a może tylko głupi dziennikarze, już trują o realnych problemach, jakie postawił przed nami Palikot. A problemem tym ma być w debacie publicznej kodeks prawa kanonicznego! I to się będzie tylko umacniać. Dlatego trzeba powiedzieć zupełnie otwarcie, w świecie, w którym otwartość przynajmniej ludzi wierzących określana jest mianem oszołomstwa: politykom wara od Kodeksu Prawa Kanonicznego. Guzik was obchodzi, jakie reguły wstępowania i występowania ze swojej wspólnoty mają ludzie wierzący. Nic wam do tego. A jeśli będziecie się wcinać w te sprawy, to pamiętajcie, że łamiecie istotną dla demokracji zasadę rozdziału państwa i Kościoła, i wkraczacie na pole, w którym ludzie Kościoła będą musieli jasno i zdecydowanie powiedzieć „non possumus”.
Jeśli jednak zabraknie nam odwagi, by nazywać rzeczy po imieniu, jeśli nie będziemy w stanie powiedzieć jasno: ewangelizacja nie jest naszym prawem, ona jest naszym psim obowiązkiem. Kościół ma obowiązek ewangelizować zarówno Czechów jak i Rosjan (tak, tak księże Kazimierzu Sowo) i prawo to nie ogranicza niczyjej wolności, bowiem każdy może owej ewangelizacji powiedzieć „nie” - to prędzej czy później rzeczywiście zepchnie się nad do zakrystii. I łaskawie, w imię wolności, pozwoli tam cichutko, by nie wadzić nikomu, odprawiać swoje modlitwy. A i to tylko w treści dopuszczanej przez politbiuro. Niemożliwe? Pożyjemy zobaczymy. Jak na razie „Operacja chusta” staje się coraz bardziej rzeczywista.
Tomasz P. Terlikowski

