Od katastrofy w Smoleńsku minęło pół roku. Tamte wzruszenia dawno już minęły i jest – jak to ładnie określił na portalu Fronda.pl Rafał Ziemkiewicz – „tak samo, tylko bardziej”. Wróciło obrzucanie błotem, bezustanna agresja i pozorowanie pracy rządu. Pewną nowościa jest także to, że przedmiotem ataku stał się także Kościół. I nie ma co udawać, że ataki te będą ustawać. Wręcz przeciwnie. Kwestie pieniężne, ale i nagłaśniane skandale obyczajowe świetnie nadają się do podważania autorytetu Kościoła. Jeśli do tego dodać fakt, że śledztwo całkowicie oddane jest w ręce Rosjan, że pamięć o ofiarach w Polsce jest systematycznie niszczona, a wina za tragedię zwalana jest tylko na pilotów i prezydenta – to można uznać, że jest beznadziejnie.
Ale za wcześnie jest jeszcze na uznanie, że walka została przegrana. Trzeba powiedzieć wprawdzie, że tamte wydarzenia wywołały gigantyczną akcję środowisk lewicowo-postępowych. I od momentu, gdy emocje (co zrozumiałe) zaczęły przygasać, to one są w nieustającej ofensywie. A że media w znaczącym stopniu są ich, to i przekaz przez nie podawany jest właśnie lewicowo-postępowy. A wydarzenia (nawet niszowe) z tego środowiska przedstawiane są jako centrum wszechświata.
Tak było z 10 sierpnia, gdy cztery tysiące młodych ludzi, zwołanych zresztą nie przez Facebooka, tylko dzięki „Gazecie Wyborczej” i Radiu TOK FM, wykrzykiwało (co zresztą ma znaczenie duchowe i może mieć dramatyczne skutki) „chcemy Barabasza”. Media zrobiły z tego wspaniały happening, choć w istocie był to dramatyczny dowód na zdziczenie obyczajów. W tym samym czasie zaś w całej Polsce, niemal niezauważone przez media, trwały spotkania modlitewne i formacyjne, w których uczestniczyło tysiące młodych ludzi. W Wołczynie, Wambierzycach, na Górze Świętej Anny, w Kalwarii Pacławskiej i w dziesiątkach innych miejsc młodzi ludzie wybierali Chrystusa. I zmieniali swoje życie.
Podobne obserwacje mają także księża. Na naszym portalu wskazywał na to ks. Bogdan Bartołd. – To, co obserwuję w ostatnich miesiącach to również wzrost zainteresowania modlitwą w Archikatedrze św. Jana w Warszawie. Z radością stwierdzam, że dużo więcej osób przychodzi ostatnio do świątyni, by się modlić, by zobaczyć relikwie świętego Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, czy sarkofag kardynała Stefana Wyszyńskiego – mówił proboszcz warszawskiej parafii archikatedralnej.
Powoli zanika także przysłowiowa bierność konserwatystów. Próba odwołania minister Elżbiety Radziszewskiej (w istocie chodziło tu o ograniczenie praw rodziców do wychowania własnych dzieci) została storpedowana między innymi dzięki szybkiej i ostrej reakcji. Decyzja o umorzeniu śledztwa w sprawie znieważenia krzyża też została mocno oprotestowana i mam nadzieję, że te działania doprowadzą do wznowienia śledztwa.
To jednak wciąż za mało. Szczególnie, że ataki postępowców przybierają na sile. Już teraz otwarcie mówi się o konieczności zmiany prawa, tak by zabijać więcej dzieci (vide panowie Napieralski i Palikot), by refundować (co w sytuacji zapaści demograficznej jest polityką samobójczą) antykoncepcję, czy by dopuścić zabijanie zarodków w procesie zapłodnienia in vitro. W tych sprawach konieczne jest zjednoczenie. Bez niego wszystko, o czym mowa, zostanie przegłosowane i pozostanie nam jedynie ubolewanie. A że takie działanie jest możliwe, najlepiej pokazuje Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy. Tam feministki zgłosiły projekt, który miał ograniczyć klauzule sumienia. Nie udało się to jednak dzięki akcji Kościoła, a także cierpliwości polityków katolików. Zamiast tego przyznano prawo do „klauzuli sumienia” także instytucjom i przypomniano, że lekarz może odmówić wskazania kobiecie, gdzie może ona zabić swoje dziecko. A zatem można.
I to samo może się stać z Polską. Może, jeśli weźmiemy się do pracy. I zaczniemy przypominać, że my tu wciąż jesteśmy. Jeśli tego nie zrobimy, to za rok, dwa, może się łatwo okazać, że bitwa została przegrana. A Polska idzie drogą Irlandii czy Hiszpanii. A winę za to poniesiemy także my, bo nie było w nas siły, by odpowiedzieć na znaki, których w minionych miesiącach Bóg nam nie szczędził.
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

