Troska o rodzinę to obowiązek państwa, Kościoła, samorządu, ale także samych rodzin, by nie uległy one pokusie wygody jednego dziecka, tłumacząc się, że na więcej ich nie stać. - Tymczasem - mówił kardynał - wcale nie ci najbardziej zamożni decydują się na większą liczbę dzieci. „Do tego potrzeba ofiary, poświęcenia i właściwie ustawionej hierarchii wartości. Trzeba po prostu otwartości na życie” - stwierdził.
Te słowa to ogromny przełom. Trzeba wreszcie zacząć mówić jasno, że model katolickiej rodziny to nie jest 2 + 1, że taki styl życia to pokusa, z którą trzeba się zmierzyć. Oczywiście może się zdarzyć, że ktoś nie ma i nie może mieć więcej dzieci niż jednego. Ale to nie może być norma. Jedynactwo jest do tego nie tylko pokusą, ale też stygmatem, z którym zmagać muszą się dzieci. To dorosłym jest wygodniej z jednym dzieckiem, dzieciom jest z tym zawsze gorzej. One pragną, domagają się rodzeństwa, a nie kasy, wycieczek i nieustannej kontroli.
Wielodzietność, o czym przypominał choćby Sobór Watykański II, to zadanie dla katolików, które stawia przed nimi Kościół. Oczywiście jest ona wysiłkiem, jest ofiarą, ale życie ma sens tylko wtedy, gdy staje się rzeczywistym darem z siebie samego dla innych. I dobrze, że Kościół hierarchiczny wreszcie zaczął o tym mówić, że zamiast zachwalać „naturalne planowanie rodziny”, wreszcie powiedział jasno – ustami kardynała Nycza – że życiowe wygodnictwo, podporządkowanie nawet własnej płodności wygodzie, jest pokusą! Pokusą, z którą trzeba walczyć, a nie po katolicku pielęgnować za pomocą NPR.

