Ataki na chrześcijan są częścią wojny, jaką islamscy terroryści wypowiedzieli Zachodowi (ale również, jak w Egipcie, zlaicyzowanym rządom swoich krajów). Gdy nie udaje się ugryźć wielkich tego świata, gdy nie udają się nowe zamachy na Stany Zjednoczone, a i Izrael trzyma się nieźle to przynajmniej uprzykrza się (albo wręcz odbiera) życie tym, których uznaje się za ekspozyturę świata zachodniego na świętej ziemi islamu. Chrześcijanie tam giną więc dlatego, że dla radykalnych muzułmanów są częścią Zachodu, który trzeba zniszczyć.
Słowem iraccy, czy szerzej bliskowschodni chrześcijanie giną zamiast nas. A giną bowiem dla radykalnych muzułmanów – wbrew opowieściom zachodnich, inspirowanych marksizmem politologów – ta wojna jest dalszą częścią wojny religijnej, jaka toczyła się przez wieki między chrześcijańską Europą a muzułmanami. Chodzi w niej o to, by islam pokonał chrześcijaństwo, odzyskując ziemie, które dawniej uznawano za islamskie (choćby Andaluzję) albo oczyszczając własne tereny z tych, których uznaje się za nieodpowiednich, czy źle wierzących. I to, że my ludzie Zachodu, a często nawet chrześcijanie, się z tym nie zgadzamy, odrzucamy taką perspektywę, wcale nie wynika, że tak nie jest. Druga strona nie myśli bowiem po naszemu, a po swojemu.
Prawda zresztą jest taka, że jeśli mamy rzeczywiście wygrać tę wojnę, jeśli mamy obronić chrześcijan na Bliskim Wschodzie, a także – w dalszej perspektywie nasze własne domy i tradycje – to powinniśmy wrócić do religii. I uświadomić sobie, że wojnę z islamem toczymy nie tylko i nie przede wszystkim w imię demokracji, równouprawnienia kobiet czy swobody obyczajowej (niewielu jest gotowych oddać za te wartości życie), ale przede wszystkim w imię chrześcijaństwa. Po to, by mogło być ono skutecznie głoszone, i by ludzie mieli wolność wybierania Chrystusa.
Trzeba nam zatem wrócić do starych zasad politycznych, które kształtowały politykę średniowiecznej Europy (przynajmniej w teorii, bo w praktyce bywało różnie). I uznać, że wspólnota chrześcijańska może i powinna bronić chrześcijan tam, gdzie są oni mordowani. A także może i powinna walczyć o przestrzeń dla chrześcijaństwa. Potrzebny nam mówiąc wprost duch krucjat w najlepszym tego słowa znaczeniu. Oczywiście nie ma co liczyć na państwa, te bowiem – jak słusznie ujmuje Alisdair McIntyre – już dawno rządzone są przez barbarzyńców, dla których chrześcijaństwo jest raczej wrogiem. Możemy jednak wciąż liczyć na siebie. Zacznijmy więc wielkie krucjaty modlitewne, akcje wymuszania na naszych rządach ostrych i jednoznacznych działań dyplomatycznych, a kiedy trzeba (w Iraku są wciąż amerykańscy żołnierze), to i militarnych.
Apelujmy, jak cytowany na łamach portalu Fronda.pl proboszcz niemieckojęzycznej parafii w Egipcie, by nasi biskupi odważnie odwiedzali chrześcijan w krajach, gdzie się ich prześladuje, i by w ten sposób domagali się dla nich praw. Zacznijmy i my bojkotować odpoczynek w Egipcie, który nie tylko nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa Koptom, ale też od wielu dziesięcioleci ich dyskryminuje (Kopt nie może być urzędnikiem, oficerem, nauczycielem arabskiego w starszych klasach szkoły podstawowej i podlega prawu szariatu).
Słowa już nie wystarczą. Trzeba zacząć modlić się i działać, gdy krew naszych braci w wierze woła do nas! Święty Bernard z Clairvaux nas woła. Nie chodzi o to, by powtarzać tamte błędy, ale by odkryć w sobie zapał do walki o chrześcijaństwo. I naszych braci chrześcijan.
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

