Gdy wspominamy 1 marca żołnierzy wyklętych, których skazano najpierw na śmierć, później na przemilczenie, a ostatnio z lubością na opluwanie – trudno nie myśleć o tym, że to oni, a nie ci, którzy zdecydowali się na służbę u komunistów – byli prawdziwymi patriotami i bohaterami. Nie ma równowagi między zdrajcami z Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (nawet jeśli nazywają się Zygmunt Bauman) i żołnierzami, którzy w tym samym czasie walczyli o wolność Polski. Nie jest tak, jak próbuje nam się wmawiać, że i jedni i drudzy byli polskimi patriotami. Gdybyśmy bowiem zgodzili się na takie postawienie sprawy słowo patriotyzm przestałoby cokolwiek znaczyć.
Jasna i prosta ocena moralna tamtych wyborów (niewątpliwie niekiedy trudnych i heroicznych) to obowiązek wobec tamtych ofiar. Młodzi (i nieco starsi) chłopcy oddawali życie, bo wiedzieli, co znaczy honor, miłość Ojczyzny, patriotyzm. Naszym obowiązkiem jest pokazać im, naszym poprzednikom, że się nie mylili, że mieli rację, i że my także – w naszej konkretnej sytuacji – podejmujemy ich działania, idziemy ich drogą. Nie musimy chować się w lasach, ale wiemy, że są wartości ważniejsze od wygodnego życia, a nawet od życia w ogóle, że Bóg, honor i Ojczyzna są rzeczywistością istotniejszą od pełnego brzucha czy wygodnego życia.
Pamięć o żołnierzach wyklętych jest jednak także zagwarantowaniem im zwycięstwa nad komunistycznymi bandytami z PPR, KBW, UB i ich przybudówek. Celem komunistów było nie tylko mord, ale także skazanie na zapomnienie. I jeśli my odmawiamy pamięci, jeśli godzimy się na opluwanie bohaterów, to wpisujemy się w linie wyznaczoną przez komunistów, stajemy się ich, a nie patriotów, spadkobiercami.

