Nie mam wątpliwości, że wściekłość francuskich obrońców rodziny była uzasadniona. Władze wystawiając przeciwko nim armatki wodne i gaz łzawiący też miały świadomość, że lekceważąc opinię niemal połowy swoich rodaków wystawiają się na wściekłość zlekceważonych obrońców małżeństwa. Bunt był więc całkowicie zrozumiały i w sumie oczywisty.
Aby ta walka miała sens konieczne jest jednak jej kontynuacja. Najpierw metody prawne i polityczne (choćby trybunał konstytucyjny), a później bierny opór zwolenników małżeństwa zajmujących ważne miejsca w strukturze społecznej, odmowa wykonywania prawa, procesy i ponawiające się protesty. Jeśli władza nie rozumie argumentów prawnych czy moralnych, trzeba ją postawić pod ścianą, także na ulicach. Władca, który występuje przeciw absolutnym fundamentom prawa naturalnego musi się liczyć z tym, że stracił mandat do rządzenia. I może zostać zmieciony falą społecznego niezadowolenia. A jego następca musi wiedzieć, że jeśli złego prawa nie zmieni, to także zostanie usunięty.
Oczywiście zmiana skandalicznych ustaw nie będzie łatwa. Prawo nie działa wstecz i nie będzie łatwo unieważnić zwarte już związki. Mimo to trzeba podjąć rękawicę i walczyć wszystkimi dostępnymi środkami z nowym prawem i z rewolucją gender, która niszczy naszą cywilizację. Jeśli nie zrobią tego Francuzi, ale także jeśli nie zrobimy tego my, to marsz postępu będzie trwał, rewolucja będzie się zaostrzać, a dla ludzi przyjmujących normalne wartości nie będzie już miejsca... Albo zatem staniemy do kontrrewolucji albo rewolucja nas zniszczy.
Tomasz P. Terlikowski
