Najnowszym przykładem tej metody są teksty Wojciecha Sadurskiego i prof. Mariana Szamatowicza w „Gazecie Wyborczej”. W obu panowie posługują się dość ordynarnym kłamstwami i łatwymi do obalenia argumentami. Zacząć wypada od prof. Sadurskiego, który wyklucza argumentację religijną z debaty publicznej, a później uznaje, że argumenty świeckie przeciwko in vitro też są pozbawione wartości. I właśnie w tym momencie pokazuje, że nie ma kompletnie pojęcia o czym pisze.

 

„Terlikowski pisał: „Krytycy techniki »na szkle” posługują się ( ) argumentacją naukową, przypominają o skutkach ubocznych, jakie ma procedura in vitro dla poczętych nią dzieci (wszyscy badacze przyznają, że są ogromne), i wreszcie odwołują się do polskiej konstytucji, która jasno i zdecydowanie broni życia od poczęcia do naturalnej śmierci. A w przypadku zapłodnienia in vitro życie nie jest zaś bronione od poczęcia”. Oba argumenty są nonsensowne. Owych "wszystkich badaczy" przypominających o "ogromnych" skutkach ubocznych Terlikowski najpewniej sobie po prostu wymyślił - a może spotkał w lokalnym kółku różańcowym” - oznajmia Sadurski.

 

I tą krótką wypowiedzią odbiera sobie prawo do pisania na temat in vitro. Ci wymyśleni specjaliści, których spotkałem w kółku różańcowym publikują bowiem w najpoważniejszych czasopismach medycznych, o których zapewne profesor Sadurski nie ma zielonego pojęcia. I w takiej sytuacji jedyne, co mu pozostaje to głupawy żart.

 

Ale do rzeczy. Pierwszym elementem procedury zapłodnienia pozaustrojowego wywołującym skutki genetyczne dla dziecka jest stymulacja hormonalna kobiety. A problemem jest to, że tylko połowa z pobranych wówczas komórek nadaje się do zapłodnienia, reszta jest poważnie uszkodzona. Z tej połowy zaś także dalece nie wszystkie spełniają warunki konieczne do powołania z nich nowego człowieka. Tego typu problemy w połączeniu z manipulacjami genetycznymi na najwcześniejszym etapie rozwoju człowieka skutkują nieznacznymi zmianami w genetycznym dziedzictwie dziecka, które po pierwsze odbiją się na jego zdrowiu, a po drugie mogą wpłynąć na los i genetyczne dziedzictwo ich własnych dzieci. I w istocie tego ostatniego nikt nie sprawdzał.

 

Teraz mamy już jednak, nadal szczątkowe, ale coraz pełniejsze badania. Najczęstszym efektem, może jeszcze nie groźnym, ale zasługującym na uwagę, tego typu poczęcia jest fakt, że dzieci powstałe wyniku procedury zapłodnienia pozaustrojowego rodzą się zazwyczaj z o wiele mniejszą (niską lub nawet bardzo niską) masą urodzeniową w porównaniu z dziećmi poczętymi normalną metodą. Wystarczającym wyjaśnieniem tego zjawiska nie jest zaś fakt – jak wynika z badań opublikowanych na łamach „New England Journal of Medicine” (L.A. Schieve, S.F. Meikle, C. Ferre, H.B. Peterson, G. Jeng, L.S. Wiclox, Low and Very Low Weight in Infants Conceived with Assisted Reproductive Technology, „New England Journal of Medicine” vol. 346, nr 10/2002, s. 734-735) - że ciąże IVF są częściej niż w pozostałej populacji ciążami mnogimi. Ryzyko urodzenia dziecka z niską lub bardzo niską wagą urodzeniową nie da się wyjaśnić także przez różnice w wieku matek, materialnych warunków rodziców itd. Zdaniem naukowców wynikają one raczej (choć zastrzegają, że sprawa wymaga dalszych badań) z samej metody zapłodnienia in vitro.

 

U dzieci poczętych taką metodą ponad trzykrotnie częściej występują zespół Beckwith-Wiedemanna oraz zespół Angelmana. W standardowej grupie badawczej schorzenie to występuje raz na 15 tysięcy urodzin, wśród dzieci poczętych metodą in vitro raz na 5 tysięcy urodzin. Obie te choroby wykrywane są nie w okresie płodowym, ale dopiero później. Zespół Beckwith-Wiedemanna charakteryzuje się gigantyzmem, przepukliną pępkową, przerostem języka, nowotworami wielu organów, hipoglikemią i zaburzeniami neurologicznymi na skutek mutacji chromosomów. Zespół Angelmana związany jest z objawami neurologicznymi: upośledzeniem umysłowym, ataksją, padaczką, charakterystycznymi ruchami przypominającymi marionetkę i napadami śmiechu bez powodu. (E. Leahy, IVF babies At risk of brain defects, „The Times” 5.03.2006)

 

Dwukrotnie częstsze niż u dzieci poczętych w sposób normalny są również u osób poczętych w wyniku zapłodnienia in vitro poważne defekty urologiczne, kardiologiczne, a nawet mięśniowo-szkieletowe. Lekarze wskazują wprawdzie, że część odpowiedzialności za tak podwyższone ryzyko schorzeń ponosić może wiek matek, decydujących się na taką formę prokreacji, ale nie wykluczają przy tym, że nie mniej istotny może być wpływ samej techniki zapłodnienia in vitro ( M. Hensen, J.J. Kurinczuk, C. Bower, S. Webb, The Risk of Major Birth Defects after Intracytoplasmic Sperm Injection and In Vitro Fertilization, “The New England Journal of Medicine” vol. 346, nr 10/2002, s. 725-730). I wreszcie, by pozostać tylko przy kilku zasadniczych przykładach – dzieci poczęte w wyniku procedury in vitro cierpią częściej na rzadkie dziecięce nowotwory oczu ( N. McDowell, IVF links to increased cancer risk, „New Scientists” 24.01.2003). Wszystkie te badania, choć potwierdzone autorytetem uczonych, zawsze opatrywane są zastrzeżeniem, że ich potwierdzenie wymaga dalszych pogłębionych studiów. Tyle tylko, że w przypadku jakiegokolwiek leku, który miałby tak istotny wpływ na zdrowie pacjentów i stwarzał tak wielkie niebezpieczeństwo już dawno postarano by się go wycofać z obiegu.

 

Na razie starczy. Ale już tylko tych kilka faktów pokazuje, że owi wymyśleni przeze mnie fachowcy istnieją, a Sadurski jest zwykłym kłamczuszkiem albo – co równie go kompromituje ignorantem. I niestety podobnie trzeba ocenić działalność pisarską prof. Szamatowicza (z tym, że w jego przypadku, trzeba mówić o świadomym kłamstwie, bo tej klasy specjalisty nie sposob podejrzewać o niewiedzę). W tym przypadku kłamstwa dotyczą jednak przede wszystkim naprotechnologii, którą profesor wyśmiewa bezlitośnie i ostro krytykuje za nieskuteczność. „Naprotechnologia uznaje leczenie farmakologiczne, zabiegowe i jeśli te formy postępowania są nieskuteczne, pozostaje adopcja. A zatem ponad połowa niepłodnych par nie dostanie żadnej szansy na ciążę i poród. I jeszcze taka uwaga: "Uprawiający" naprotechnologię mają świadomość, że z chwilą rozpoznania nieodwracalnie uszkodzonych jajowodów, zaawansowanej endometriozy, czynnika męskiego niepłodności (to dotyczy ponad 50 proc. niepłodnych par) ludzie nie mają żadnej możliwości leczenia. Za co zatem biorą ci lekarze pieniądze, i to niemałe? Jak to się ma do uczciwości?” - przekonuje Szamatowicz.

 

A te trzy zdania pokazują jednoznacznie, że profesor ściemnia. On przecież doskonale wie, że również tak uwielbiana przez niego metoda nie daje dziecka każdej parze. I przyznawał to w innych swoim tekście także prof. Szamatowicz. „Przeciętna skuteczność tego typu leczenia dla całego, świata, to zatem 22,1%” – błyszczy statystykami profesor Marian Szamatowicz, zapominając, że przeciętna skuteczność in vitro wynosi około 20 procent, a w najlepszych amerykańskich klinikach. Co to oznacza? W gruncie rzeczy nie wiadomo, bowiem nigdzie na świecie kliniki nie ujawniają pełnych danych. Wiadomo tylko – a i to z deklaracji pracowników instytucji wykonujących zabiegi zapłodnienia pozaustrojowego, że przy jednej stymulacji (chodzi o podanie kobiecie środków wymuszających produkcję większej ilości komórek jajowych i pobranie ich) skuteczność procedury wynosi około 18 procent (najlepsze kliniki amerykańskie mówią o 30 procentach). Oznacza to, że przy powołaniu do życia kilku, kilkunastu zarodków, jeden z nich ma się szanse urodzić. Ale, i to jest klucz do problemu, wielokrotne powtarzanie stymulacji i powoływanie do życia kolejnych zarodków wcale nie zwielokrotnia szansy na urodzenie dziecka. Nie jest bowiem tak, że każda kolejna procedura podwaja szansę (w pierwszych cyklu 20, w drugim 40 itd.), a przeciwnie każda jest mniej prawdopodobna. Przyjmuje się zatem, że tylko 30 procent par, które weszły do programu in vitro będzie posiadało dziecko poczęte w ten sposób. I to niezależnie od ilości podejmowanych prób.

 

Nie inaczej jest z zarzutami wobec naprotechnologii, że nie leczy ona pewnych rodzajów niepłodności. In vitro nie leczy ich w ogóle, bowiem ono co najwyżej pokonuje bezdzietność (które chorobą nie jest). Ale nawet, jeśli pominąć zagadnienia językowe, to trudno nie dostrzec, że w przypadku męskiej niepłodności (całkowitej, a nie tylko związanej ze zmniejszoną liczbą plemników, którą to zresztą potrafią leczyć leczyć także naprotechnolodzy), czy w przypadku części schorzeń kobiecych, także kliniki in vitro nie są w stanie zapewnić im ich własnego potomstwa. „Sprzedaje” im się więc dzieci obcych ludzi... A same te dzieci później naprawdę cierpią.

 

I to by było na tyle, jeśli chodzi o polemikę z prof. Szamatowiczem i Wojciechem Sadurskim. Ale nawet tak krótki tekst uświadamia, jak trudno jest prowadzić rozmowę z kimś, kto notorycznie kłamie i wprowadza opinię publiczną w błąd.

 

Tomasz P. Terlikowski