Za każdym razem, gdy napiszę coś o aborcji, natychmiast pojawia się masa specjalistów, którzy próbują mnie przekonać, że jestem idiotą, i że takim jak ja powinno się zakazać wypowiedzi.
Oczywiście najgłośniej tego typu opinie formułują ludzie „otwarci”, „postępowi” i „tolerancyjni”, podkreślający, że każdy ma prawo do swoich poglądów. Tyle, że w praktyce oznacza to tyle, że uznają oni prawo do każdych poglądów, o ile te są zgodne z ich własnymi poglądami.
I, wbrew pozorom, wcale mnie to nie zaskakuje. Powód takiego zachowania jest dość oczywisty. Ich zachowanie wynika z próby – nieudolnej, ale jednak koniecznej im normalizacji zabijania nienarodzonych. Dla zwyczajnego, nieuprzedzonego człowieka, zabicie innego człowieka pozostaje złem. Dla normalnej kobiety, o ile rozumuje ona na spokojnie, bez nacisków otoczenia czy sytuacji, zabicie własnego dziecka jest rzeczą niewyobrażalną. Ideologia aborcjonizmu, nacisk mediów i wciąż powtarzane kłamstwa są w stanie zmienić opinię większości, ale może się ona utrzymać, tylko jeśli całkowicie „znormalizuje się” aborcję, jeśli przekona się ludzi, że przecież „wszyscy” tak uważają. Inaczej myślących trzeba więc zakrzyczeć albo zakneblować, tak by nie mogli oni wyrażać swoich opinii. Jeśli się tego nie zmieni, to wciąż będą oni kwestionować tezy aborcjonistów, a to budzić będzie sumienia. I stąd się bierze tak gigantyczny nacisk na obrońców życia i próba ich zakrzyczenia. Tak, by nikt nie kwestionował aborcyjnych bzdur, i by nie naruszać dobrego samopoczucia. Stąd bierze się obrzucanie obelgami, sugerowanie chorób psychicznych, a często zamykanie w więzieniach (by przypomnieć tylko goszczącą właśnie w Polsce Mary Wagner).
Tyle, że ten krzyk nic nie da. Natura nie da się oszukać. Nienazwany i niezdefiniowany syndrom postaborcyjny jest jeszcze groźniejszy, niż ten, który określono i rozpoczęto jego terapię. A do tego, na szczęście, zawsze znajdą się ludzie, którzy krzyków się nie boją, i dla których prawda jest najważniejsza i jedynie ciekawa. Ostatnio grupa takich ludzi opublikowała w „Open Journal of Preventive Medicine” artykuł, w którym wykazała, że najczęstszą przyczyną śmierci w USA jest… aborcja. W 2009 roku, wedle danych proaborcyjnego Guttmacher Institute z 2009, zostaje zamordowanych 1,152,000 osób. W tym samym czasie na choroby serca umarło 599,413, a na nowotwory 567,628 osób. Jednym słowem lekarze osobiście zabijają więcej ludzi, niż rak i zawały. Warto o tym pamiętać.
Tomasz P. Terlikowski
