Birkenau, podobnie jak Auschwitz robią potężne wrażenie. Ale są one, w pewnym sensie, jak scenografia bez bohaterów, bez tego, co stanowi ich istotę. Nie ma tu twarzy, ludzi, obrazów, którzy tę scenerię wypełniali. Aby ich zobaczyć trzeba pojechać do Harmęż, do kościoła ojców franciszkanów i doświadczyć spotkania z twórczością Mariana Kołodzieja, który stworzył specyficzną „ikonę” Auschwitz. Pisząc ikona nie mam na myśli wyglądu, techniki, ale fakt, że obrazy te są przekazem tego, co stanowiło istotę doświadczenia obozowego. I dopiero te dwa doświadczenia zestawione razem dają mocną świadomość dramatu tamtych czasów. Zbrodni, która ukryta była pod płaszczykiem normalności, nowoczesności, badań naukowych i konieczności ekonomicznej.

 

Gdy stałem przed tym, co zostało z krematorium i komór gazowych, i patrzyłem na zdjęcia z tamtego czasu uświadomiłem sobie, że w istocie bardzo niewiele się zmieniło. I my mamy teraz swoje obozy śmierci, one także są zamaskowane, wyglądają jak zwykłe domki czy normalne kliniki. U ich podstaw leży jednak dokładnie to samo założenie, że jedni ludzie mogą innych ludzi uznać za niegodnych praw ludzkich, niegodnych życia i odebrać im je w imię medycyny (lekarze SS uważali, że ich praca rozwija medycynę, i trzeba to powiedzieć otwarcie rozwijała ją, choć w zupełnie niegodny sposób). Wtedy i teraz są ludzie, którzy uważają, że to oni mogę decydować, w imię dobra społecznego czy jednostkowego, kto jest człowiekiem, a kto nie, i kogo w związku z tym można pozbawić życia. Wtedy selekcja odbywała się na rampie, teraz w sterylnych gabinetach, gdzie ocenia się zarodki i wybiera te do przeżycia, albo u lekarza, który przepisuje najnowszy test genetyczny, który ma „wyznaczyć” słabsze, bo na przykład z zespołem Downa, dzieci do eliminacji. Niekiedy zaś ta nasza cywilizacja śmierci już wprost jest eliminacją chorych za pomocą eutanazji.

 

Wszystko to „wygląda” (ale przecież krematorium i komory gazowe też wyglądały na zwyczajne budynki) na nowoczesną naukę, na służbę ludziom, ale w istocie, choć techniki się zmieniły, jest tą samą nazistowską eugeniką, uznaniem, że człowiek może drugiego uznać za nieczłowieka i odebrać mu życie, przyjęciem że w imię prawa narodu, rasy czy płci można usprawiedliwić zabijanie. I mam głębokie przekonanie, że za lat pięćdziesiąt, jeśli nasz świat przetrwa, a jego istnienia nie przerwie Paruzja, będą istniały podobne muzea jak Auschwitz-Birkenau, w których będziemy mogli obejrzeć wyposażenie kliniki aborcyjnej, zdjęcia i filmy przedstawiające mordowanie dzieci, a przede wszystkim życiorysy morderców w fartuchach czy zza biurka (przedstawicieli rozmaitych organizacji promujących masowe mordy na dzieciach i usprawiedliwiające je „prawem kobiet”). Historycy zaś będą się zastanawiać, jak to możliwe, że wykształceni lekarze, prawnicy, historycy, czy filologowie klasyczni mogli brać udział w gigantycznym mordzie? Ludzie będą chodzili po tych muzeach i zachodzić w głowę, jak to możliwe, że ludzie ludziom gotowali taki los...

 

Tomasz P. Terlikowski