Ten dokument z pewnością nie jest jakimś gigantycznym przełomem. Nie ma w nim jasnego określenia zbrodni wołyńskiej „ludobójstwem” (co jest prawdą), ale jest przynajmniej przyznanie, że była to czystka etniczna. Jest też mocne potępienie nacjonalizmu i szowinizmu, choć brak doprecyzowania, że akurat za ten szowinizm i nacjonalizm odpowiada strona ukraińska. A mimo to ten dokument jest kolejnym, niewielkim krokiem ku leczeniu ran przeszłości, i upamiętnianiu ofiar, a także bohaterów (a tych także po stronie ukraińskiej nie brakowało). Dopiero na tej podstawie da się budować prawdziwe pojednanie i współpracę.

Nie łudźmy się jednak, że jest to krok ostatni. Bez jasnego uznania i określenia charakteru tej zbrodni nie będzie pojednania. My Polacy także musimy odzyskać dla naszej pamięci narodowej ofiary tamtej rzezi, ich domy, małe ojczyzny, powinniśmy także rozliczać się z błędów, jakie popełniliśmy jako naród i państwo, nie tylko w II Rzeczypospolitej, ale i wcześniej. Nie brakowało ich, choć nie mogą być one usprawiedliwieniem okrutnych mordów. Powinniśmy też wreszcie zacząć upamiętniać tamtejszych bohaterów, także tych spośród Ukraińców, którzy okazali się „sprawiedliwymi”. Ukraińcy powinny zaś – jak sądzę – mocniej zrozumieć, że zasługi dla wolnej i niezawisłej Ukrainy, nie mogą usprawiedliwiać promotorów ludobójstwa, i że nie da się zbudować idei ukraińskiej w oparciu o szowinistyczne poglądy UON-owców czy UPA (pamiętając, że tworzyły ją początkowo, różne organizacje).

Każdy kolejny krok przybliża nas do pojednania i do prawdy. A także do pełnej pamięci, która jest fundamentem rozsądnego budowania przyszłości. Polskiej i ukraińskiej. Tyle, że to jeszcze nie koniec drogi, i nawet nie jej połowa. Nie wolno nam spocząc na laurach, bo efektem może być, jak to niestety ma miejsce w relacjach z Niemcami, że to my, choć byliśmy ofiarami, przyjmujemy perspektywę sprawców i winnych.

Tomasz P. Terlikowski