Sprzeciw Kościoła czy ludzi wierzących przeciwko metodzie in vitro, wbrew temu, co plecie Stefan Niesiołowski nie wynika z tego, że prawica (czy talib Terlikowski) nienawidzi dzieci albo chce dotknąć do żywego członków PO, ale z tego, że jest to metoda, w trakcie której giną ludzie, i naruszana jest godność aktu małżeńskiego. I twierdzenie to nie wynika z mojej złośliwości (swoją drogą nie jestem, wbrew temu, co mówi Niesiołowski, politykiem), ale z nauczania Kościoła. Sprzeciwiając się temu stanowisku, opowiadając się za in vitro Niesiołowski sprzeciwia się nauczaniu papieskiemu i naraża na ekskomunikę, a przynajmniej publiczny grzech ciężki.
Krzyki, groźby, sugerowanie, że on nie będzie się słuchał Terlikowskiego, Piechy czy o. Rydzyka – nie mogę zmienić tej bolesnej prawdy. I mam wrażenie, że Stefan Niesiołowski to wie, i dlatego wrzeszczy, pluje się, byle tylko zagłuszyć prawdę o tym, że dla wąsko pojętego interesu politycznego, naraża się on obecnie na wieczne potępienie. Bo – i tu wypada się zgodzić – Niesiołowski (tak jak każdy z nas) rzeczywiście za swoje grzechy, za swoje decyzje odpowie przed Bogiem. I tam będzie się musiał wytłumaczyć z tego, dlaczego, byle tylko bronić PO zrezygnował z obrony życia dzieci, dlaczego odrzucił autorytet Ojca Świętego, dlaczego atakował jasne i oczywiste nauczanie Kościoła.
I jeszcze jedno. Miłość bliźniego nie oznacza akceptacji grzechu, nie oznacza chwalenia działań złych, byle tylko nikogo nie urazić. Miłość bliźniego oznacza także mówienie prawdy, by uratować duszę owego bliźniego. Ja kochając Niesiołowskiego uprzedzam, że z rzeczami, które teraz robi nie ma żartów. Jedyną jego nadzieją pozostaje (na obecnym etapie) coraz lepiej widoczna niepoczytalność. Aby mówić o grzechu musi mieć miejsce świadomość i dobrowolność. A ja mam coraz większe wątpliwości, czy w przypadku Niesiołowskiego można mówić o obu tych rzeczach.
Tomasz P. Terlikowski

