Ideologiczna praca Europejskiego Trybunału Praw Człowieka trwa. Nakaz zdejmowania krzyża, maksymalne poszerzanie „prawa” do zabijania dzieci przez własne matki, niszczenie rodziny i promowanie patologii – to wszystko nie wystarcza ideologom postępu z ETPC. Teraz zabrali się za modelowanie Kościoła i moralności, dyktując, jakie formy egzekwowania norm moralnych są dopuszczalne, a jakie nie.

Okazało się, że organista może - zdaniem sędziów - spokojnie zostawiać swoją żonę i dzieci. I brać sobie nowy, lepszy model. Nie wolno natomiast takiego kolesia zwolnić z pracy, i zmusić go, by grał na organach w miejscu innym, niż świątynia, gdzie sieje zgorszenie. Taka decyzja całkowicie jednoznacznie pokazuje, że dobro dzieci (a warto przypomnieć, że dla dziecka rozwód rodziców jest większą traumą niż śmierć jednego z nich), obietnice czy zasady moralne nie mają dla sędziów najmniejszego znaczenia. Liczy się tylko to, by przywołać do porządku Kościół. I pobawić się w nieomylnego kreatora norm moralnych.

Absurdalność tej sytuacji jest dość oczywista. Sąd uznał, że wprawdzie pracownik zobowiązał się do przestrzegania zasad katolickich w swojej pracy, ale… zdaniem sędziów, nie można tego traktować jako „jednoznacznej obietnicy” zachowania wstrzemięźliwości po rozstaniu lub rozwodzie… A zatem organista może się rozwodzić, może zostawiać żonę, bo wprawdzie obiecał jej, Bogu i Kościołowi coś, ale przecież słowa mężczyzny, wedle nowoczesnego postępowca, nie można traktować jako czegoś, co do czegokolwiek zobowiązuje.

Teraz pozostaje czekać na kolejne „genialne” posunięcia sędziów. Powinni oni jak najszybciej zabrać się za sprawy księży, którzy złamali zasadę celibatu, ożenili się i jako tacy podlegają karze automatycznej suspensy. Ich los także powinien zainteresować sędziów. A biorąc pod uwagę kuriozalne uzasadnienie obecnego wyroku, można się spodziewać podobnych decyzji w sprawie „esków”. Ich zobowiązania do życia w celibacie też zapewne nie można przecież traktować jako „jednoznacznej obietnicy”. Biskupi powinni więc ich jak najszybciej przywrócić do pracy na parafiach, uczelniach czy gdzie tam jeszcze.

I nie ma się co oszukiwać, że pomysł ten jest tak absurdalny, że nikt go nie zrealizuje. Kilka lat temu Danię rozgrzała sprawa pastora, który oznajmił swoim wiernym, że jest ateistą. Biskupka (rzecz dotyczyła państwowego Kościoła Ludowego) postanowiła go zwolnić z funkcji proboszcza. Ale wierni odwołali się do władz państwowych (w Danii pastor jest urzędnikiem państwowym), a te uznały, że nie wolno dyskryminować pracownika ze względu na światopogląd i nakazały przywrócenie pastora na poprzednie stanowisko. Ostatecznie zainterweniował zwierzchnik wspólnoty, który przeniósł ateistę na lepszą parafię… Tak, by zamanifestować otwartość i nie narazić się władzom.

Oczywiście z Kościołem katolickim nie pójdzie tak łatwo. Ale jeśli chcemy rzeczywiście bronić naszych zasad, to trzeba to zacząć robić już na tym etapie. Oczekiwanie, aż „kreatorzy prawdy” z ETPC zabiorą się za doktrynę o kapłaństwie czy zaczną grzebać przy celibacie, może się bowiem skończyć tragicznie. Tolerowanie zgorszenia (a tym byłoby teraz przywrócenie do pracy organisty) ma nie tylko znaczenie doczesne, ale także wieczne. I dlatego mam nadzieję, że – niezależnie od decyzji władz niemieckich – Kościół nie ugnie się przed dyktatem i organisty do pracy nie przyjmie. Niezależnie od konsekwencji.

Tomasz P. Terlikowski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »