Nie mam zamiaru pastwić się nad tym nurtem w Kościele. Nie mam wątpliwości, że w jakiejś (ma jednak wrażenie, że nowej, świadomiej błędów popełnionych w przeszłości i błędnych interpretacji Soboru) formie powinien on istnieć. Ludzie, także w Kościele, mają różne potrzeby, i tak długo jak długo, nurty wewnątrzkościelne nie naruszają zasad wiary (a niestety mam wrażenie, że niekiedy się to dziennikarzom „Tygodnika Powszechnego” zdarzało) mają pełne prawo do istnienia, funkcjonowania i przedstawiania swoich poglądów. Nie widzę też nic złego w tym, że rozmaite wizje wewnątrz Kościoła ostro się ścierają, a niekiedy nawet kłócą. Tylko w ten sposób możliwy jest rozwój, poszukiwanie, odkrywanie. Im silniejszy będzie zatem „otwarty” nurt w Kościele, tym ciekawsza będzie debata.
Ale wszystko, co powiedziałem, nie może nie oznaczać braku dostrzeżenia, że niekiedy – i tak jest w tym przypadku – katolicy otwarci (z Markiem Zającem, którego lubię i cenię) odgrywają rolę leninowskich „pożytecznych idiotów”, którzy są potrzebni do tego, by uderzyć z właściwej, katolickiej strony w ruchy, które są nie na rękę władzy czy laicyzatorom. Katolicy w Polsce zaczynają się budzić, w obronie pluralizmu w mediach tworzą gigantyczny ruch społeczny, nie akceptują profanacji czy zgody na profanowanie zwłok? To od razu – w imię walki z domniemanym „nacjonalizmem” (a to właśnie ma być jedną z cech „Tygodnika Powszechnego”, o czym pisze ks. Adam Boniecki) wytacza się przeciwko nim armaty antyewangeliczności i odpychania inteligencji i młodzieży.
Definicje obu tych grup są zresztą dość zawężone. Jeśli marsz odpychać ma inteligencję i młodzież, to zapewne obu tych grup na nim nie będzie. Tyle, że to fałsz. Obie one, i to w sporej reprezentacji, na marszu będą. Profesorowie, dziennikarze, publicyści, i wielu, wielu młodych ludzi będzie tam protestowało przeciwko ograniczaniu praw katolików, wypychaniu części opinii publicznej z życia społecznego. I jako żywo chyba mają prawo to zrobić, szczególnie, że protest – choć dotyczy głównie Telewizji Trwam – jest elementem szerszego zjawiska, jakim jest odrzucenie całkowitej bezideowości polskiej polityki, ideologii ciepłej wody w kranie. Ludzie, którzy będą szli w marszu chcą zmiany, chcą moralności, zasad, szacunku dla zmarłych i uznania, że media nie muszą być tworzone przez liberałów, którzy łaskawie przyznają tam miejsce ludziom inaczej myślącym... Nie widzę powodów, by pod takimi postulatami nie mógł się podpisać także Marek Zając, który także doświadczał dyskryminacji ze względu na swoją wiarę. I to pomimo tego (a niekiedy właśnie dlatego), że jest katolikiem otwartym.
Spór, jaki się obecnie toczy, nie powinien być sporem między katolikami otwartymi, a resztą. I jednym i drugim katolikom powinno bowiem zależeć na tym, by przestrzeń debaty była jak najszersza, by katolicy mogli mówić własnym głosem, by Kościół miał szansę mówić (w rozsądnym wielogłosie) to, co myśli na temat moralnych aspektów polityki. A o to właśnie chcą walczyć ludzie idący w marszu. Oni tam nie idą dla partii, dla prezesa, tylko po to, by odwojować kawałek Polski i pokazać, że nadal jesteśmy, że „milcząca większość” nadal ma coś w naszym kraju do powiedzenia.
Można nie zgadzać się z jakąś częścią polityków, można dostrzegać uwikłanie w bieżącą politykę Radia Maryja, można nawet narzekać na to, że przy marszu grzeją się politycy, ale trudno nie dostrzec w wielkim przebudzeniu narodowym czegoś, co może ożywić nasze serca. I nie rozumiem, dlaczego katolicy otwarci tego nie dostrzegają? Nie rozumiem, dlaczego dają się wykorzystywać do tego, by atakować szczere ludzkie intencje, autentyczną walkę o moralność w polityce. Obawiam się też, że ta ślepota oznacza niestety całkowity brak wyczucia na znaki czasu, a jej skutkiem będzie coraz szybsze schodzenie do grobu formacji otwartych katolików. Do istnienia nie wystarczy życzeniowe myślenie prezentowane na okładkach.

