Tok FM wraz z reżyserem Michałem Zadarą otwarcie kłamią w sprawie mojego tekstu. - Dwa dni temu Tomasz Terlikowski napisał niezwykły tekst, gdzie nazywa rzecz po imieniu. Nazywa artystów i dyrektorów festiwalu cieniasami, szczyci się tym, że nareszcie Kościół i kibole zebrali się razem. I okazało się, że w Polsce katolicy mają siłę mięśni i są w stanie uderzyć, jak będzie trzeba. A artyści są cieniasami i ulegają. Po raz pierwszy autor katolicki nie wstydzi się sojuszu z siłą fizyczną, bandytami i otwarcie mówi, że "będziemy bić i się tego nie boimy". Płytki triumfalizm na poziomie groźnym dla demokracji. Najwyższy czas, by ktoś stanął i powiedział: "słuchajcie, mamy konstytucję". Bo ona w tej chwili jest martwą literą – oznajmia Zadara.

A Tok FM tytułuje ten tekst jeszcze bardziej obrzydliwie: „Terlikowski nie wstydzi się sojuszu z siłą fizyczną, bandytami i otwarcie mówi: będziemy bić. To groźne dla demokracji”. O czym mowa? O moim tekście z „Rzeczpospolitej”, w którym rzeczywiście nazwałem bluźnierców „cieniasami”. Tyle, że nie ma tam ani słowa o biciu, a jest mowa o modlitwie, okrzykach i naciskach politycznych. Nie po raz pierwszy więc Tok FM i jego eksperci otwarcie kłamią. A ja zastanawiam się nad pozwem. Mam dość przypisywania mi słów, ktorych nie wypowiedziałem i opinii, których nie wygłosiłem!

Tomasz P. Terlikowski

 

A oto i inkryminowany tekst. Tak żeby każdy mógł się przekonać, czy rzeczywiście wspominałem w nim o biciu czy o sojuszu Kościoła i bandytów.

 „„Artyści” z Gologata Picnic, a także organizatorzy festiwalu Malta okazali się jednak cieniasami. I gdy tylko okazało się, że katolików i Boga bezkarnie obrażać nie wolno, że prezydent, arcybiskup, kilku polityków, a także tysiące zwyczajnych katolików jest przeciwko nim, i że nie zamierzają oni ustąpić, tchórzliwe pozwalając na profanację, to wycofali się z przedstawienia, przy okazji zresztą oskarżając zapowiadających modlitwę katolików o to, że ci zaatakują (zapewne różańcami) „artystów”, organizatorów i jeszcze zdemolują własność publiczną.

Ale choć to tłumaczenie pozwala – po raz nie wiem już który – wygodnie zestygmatyzować katolików i przedstawić ich jako brutalnych i pozbawionych wyczucia nowoczesnej sztuki oszołomów – to w istocie dowodzi ona jedynie absolutnego braku zrozumienia happeningu przez organizatorów festiwalu. Gdyby rzeczywiście poważnie traktowali oni własne zapewnienia o otwarciu na happeningi i na żywą sztukę, to mogliby uznać, że protesty katolików są elementem „dzieła sztuki”. Jeśli bowiem ktoś może obrażać katolików, profanować najświętsze dla nich wartości i wyśmiewać najważniejsze osoby, to musi się spodziewać, że oni także mu odpowiedzą. Odpowiedź katolicka powinna być więc wpisana w program...

I zapewne tak było. „Artyści” chcieli sobie podworować z „katoli”, ponaśmiewać się z nich uczuć i poprzekonywać, że nowoczesność może drwić ze wszystkiego. Nie rozumieli tylko, że w Polsce wiara jest jeszcze dość żywa, i że Polacy w odróżnieniu od Francuzów, którzy też protestowali, potrafią się zjednoczyć o wiele mocniej, i że tu nie brak nie tylko krewkich młodzieńców, którzy potrafią wznosić stosowne okrzyki, ale też polityków, którzy są w stanie cofnąć darowizny, albo skutecznie zablokować inne występy. Odważny artysta, ktoś kto chciałby dokonywać zmiany społecznej przez sztukę wziąłby to na klatę. Ale twórcy festiwalu, a także bluźnierczy „artyści” okazali się pozornymi nonkonformistami. Oni są w stanie „tworzyć” tylko jeśli nie zagraża to ich pozycji zawodowej, pieniążkom i miejscu na panteonie, a także gdy nie ma niebezpieczeństwa bezpośredniego kontaktu z tymi, których się obraża. W takiej sytuacji „odważni artyści” okazują się zwyczajnymi tchórzami. Afera z Poznania pokazała to po raz nie wiem już który”