Z rosnącym zdziwieniem obserwuję dyskusję na temat wspólnego apelu Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej i Kościoła katolickiego w Polsce. Ilość obelg, jaka posypała się na głowę arcybiskupa Józefa Michalika (o patriarsze Cyrylu w ogóle lepiej nie mówić) ze strony prawicowej blogosfery, zaskakuje. A zaskoczenie to jest tym większe, że takie zachowanie pokazuje całkowite niezrozumienie gestu, jakiego wczoraj dokonali hierarchowie katoliccy i prawosławni. Od tego niezrozumienia nie są wolni także liberalni komentatorzy. Oni bowiem spoglądają na to wydarzenie jedynie z perspektywy politycznej, dostrzegając w nim proces budowania porozumienia z państwem rosyjskim.
Polityka wyprana z głębi
Obie strony polskiego sporu (a może trzeba powiedzieć oba polskie plemiona) popełniają przy tym dokładnie ten sam błąd, interpretując gest arcybiskupa Michalika i patriarchy Cyryla wyłącznie w płaszczyźnie politycznej (i to dodajmy dość płytkiej). Tu nie ma miejsca na duchowość, na dostrzeżenie wojny cywilizacji życia z antykulturą śmierci. Zamiast tego mamy albo ślepy zachwyt nad Rosją i dążenie do dogadania się (bo przecież nie pojednania) za wszelką cenę, albo (zrozumiałe z politycznego punktu widzenia) wściekłość i rozżalenie, które nie jest w stanie dostrzec innego od bieżącego wymiaru aktu, który dokonał się na Zamku Królewskim w Warszawie.
Takie postrzeganie rzeczywistości, wyzute z wymiaru duchowego, z Bożej interwencji w historię, z faktu, że mogą istnieć „błogosławione winy”, i że Bóg może działać także za pośrednictwem grzeszników (a nawet mocniej zawsze działa za ich pośrednictwem, bo każdy z nas jest grzesznikiem) – jest całkowicie profaniczne, wykorzenione z chrześcijaństwa. I to nawet wówczas, gdy wypowiadane jest przez ludzi osobiście zaangażowanych religijnie. Choroba współczesności, jaką jest odseparowanie wymiaru religijnego od doczesnego dotyka bowiem także i nas chrześcijan. I my chcemy działać w świecie, w którym dla Boga i Jego przesłania nie ma już miejsca, bo zastąpione one zostały politycznymi kalkulacjami.
Bóg jest Panem historii
Spojrzenie na apel z takiej profanicznej perspektywy uniemożliwia jego zrozumienie i docenienie, bo nie dostrzegamy wówczas innych jego autorów niż tylko Putina, Cyryla czy arcybiskupa Michalika. A przecież, choć oczywiście Władimir Putin – znając relacje wewnątrzrosyjskie – musiał wyrazić zgodę na ten gest, i choć niewątpliwie opłaca się on zarówno jemu, jak i polskim władzom (czego dowodem są przesadne – tu trudno nie zgodzić się z krytykami - „czerwone dywany”), to jednocześnie nie ulega wątpliwości, że ewangeliczna treść tego dokumentu, przywołanie słów z modlitwy „Ojcze nasz” są innego pochodzenia. Pojednanie i przebaczenie to rzeczy, do których powołuje nas Jezus Chrystus. I to On będzie na tym dokumencie, ale także na naszej na niego odpowiedzi (jeśli będzie chrześcijańska) budował nową rzeczywistość (albo nie będzie mógł tego zrobić, bo my w imię walki z Putinem odrzucimy walkę z cywilizacją śmierci).
Warto pamiętać też, że to Bóg, a nie Putin, Komorowski czy Kaczyński, jest Panem historii. On błogosławi przebaczeniu i pojednaniu, i wyprowadza z niego jeszcze większe dobro. Polityczne rozgrywki, uwikłania patriarchy Cyryla i jego niejasna przeszłość, niechęć do rosyjskiej władzy, ale także słuszne pretensje polityczne nie powinny nam tego przesłaniać.
Profaniczne spojrzenie na Cerkiew
Zsekularyzowane, pozbawione duchowej i religijnej głębi jest także spojrzenie dyskutujących o apelu spojrzenie na Cerkiew. Dla większości z konserwatywnych polemistów (a to oni są dla mnie bardziej interesujący, bo przekonywanie libertynów czy agnostyków do przyjęcia duchowej perspektywy jest zajęciem jałowym) jest ona tylko instytucją świecką, służebnicą Putina, zbiorowiskiem agentów, a nawet oficerów KGB czy FSB.
I choć z czysto ludzkiego punktu widzenia jest to prawda (warto mieć jednak świadomość, że niepełna), to nie można także zapominać o tym, że jest to żywy Kościół, w którym sprawowane są ważne sakramenty (w tym Święta Eucharystia i sakrament Pokuty), w którym żywa pozostaje tysiącletnia Tradycja chrześcijaństwa, i które złożyło gigantyczną (o wiele, wiele większą, niż Kościół w Polsce) ofiarę męczeństwa. Rosyjska Cerkiew Prawosławna to zatem nie tylko patriarcha Cyryl, ale także patriarcha Tichon, nie tylko wysługiwanie się Putinowi, ale także wielcy męczennicy, i zwyczajni kapłani, którzy teraz sprawują Eucharystią i udzielają rozgrzeszenia Rosjanom (nielicznym, ale zawsze).
Prawosławni biskupi, współpracując z państwem pozostają także wierni prawosławnemu (a może lepiej powiedzieć bizantyjskiemu) postrzeganiu relacji państwo-Kościół, władza świecka – władza duchowna. Mocne poddanie się świeckim władzom, postrzeganie w nich, szczególnie, gdy deklarują one wiarę (a Putin deklaruje) jest czymś naturalnym w przestrzeni kultury bizantyjskiej. Może nam się to nie podobać, ale w takim właśnie kierunku rozwinął się Kościół na Wschodzie (Sobory zwoływane przez cesarzy, i dogmaty siłą cesarską niekiedy na nich wprowadzane, akceptuje także Zachód). Jeśli chcemy z nim współpracować, szukać jedności (a do tego wzywają nas papieże) to musimy jej szukać w realnych wspólnotach, a nie w takich, jakie chcielibyśmy widzieć. A te realne, są jakie są.
Współdziałanie nie oznacza pełnej akceptacji
I to właśnie z takimi realnymi wspólnotami, nie idealnymi, z poglądami czy stylami działania, których nie akceptujemy, trzeba współpracować w walce o cywilizację życia, a przeciwko antykulturze śmierci. Nie musi to oznaczać, i nie oznacza, akceptacji wszystkich ich poglądów, a jedynie uznanie, że w kluczowej obecnie wojnie cywilizacji (a to właśnie ten spór jest dla mnie, ale jak widać także dla Kościoła w Polsce i rosyjskiej Cerkwi, najistotniejszy) potrzebne jest współdziałanie tych wszystkich, którzy w sprawie obrony życia, rodziny, małżeństwa czy miejsca religii w społeczeństwie mają zbliżone zdanie.
Przykład takiego zaangażowania dał Jan Paweł II, który aby bronić życia odwoływał się w przestrzeni międzynarodowej do pomocy państw muzułmańskich. Czy oznaczało to, że akceptował wielożeństwo czy zakaz konsersji z islamu? Oczywiście nie. I podobnie współdziałanie, a dokładnie otwieranie jego możliwości, z Rosyjską Cerkwią Prawosławną, nie oznacza akceptacji jej ścisłych relacji z Putinem czy wspieraniem neoimperialnych zapędów Moskwy.
Odpuść nam nasze winy
I wreszcie kwestia ostatnia, już ściśle teologiczna. Aby dobrze zrozumieć ten dokument, trzeba wrócić do modlitwy „Ojcze nasz”, która leży u jego podłoża (szkoda, i tu trzeba się zgodzić, z ks. prof. Waldemarem Chrostowskim, że w trakcie uroczystości podpisania apelu nie odmówiono tej modlitwy). „Odpuść nam nasze winy” - to pierwsza część modlitwy przywołana w apelu. Mowa tu jest zatem o tym, czego przebaczenia potrzebujemy MY, a nie ONI, druga zaś jego część głosi „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Widać tu zatem wyraźny związek między tym, jak my wybaczamy, i jak nam będzie wybaczone.
Z perspektywy świeckiej, profanicznej, niechrześcijańskiej takie postawienie sprawy w relacji z Rosjanami jest oczywiście absurdalne, bo co niby mamy sobie do zarzucenia w relacjach z Moskwą. W ostatnich wiekach, to raczej oni nas gnębili, zabijali naszych patriotów, niszczyli wolność naszego państwa. My zaś byliśmy ofiarami. I taka jest historyczna prawda. Ale z perspektywy duchowej nie ma człowieka, który nie byłby grzesznikiem, który nie potrzebowałby przebaczenia, nie ma też świętej, ludzkiej wspólnoty, która takiego przebaczenia win nie potrzebuje. I tak jest też z nami. My także mamy swoje narodowe winy. Wobec prawosławnych, Rusinów, Żydów. I musimy błagać o ich wybaczenie, sami potrafiąc wybaczać innymi. Oczywiście prościej byłoby wybaczać jakiemuś innemu, mniej wobec nas winnemu narodowi (a dokładniej państwu), ale Kościół w swojej mądrości postawił przed nami zadaniem budowania pojednania i przebaczenia właśnie z Rosją...

