Swój stosunek do prawdy dziennikarze (Violletta Ozimkowski i Marcin Marczak) pokazują już na początku, gdy sugerują, że siedziba Frondy, w której byli i rozmawiali ze mną, mieści się na warszawskiej Woli. Z tego, co mi wiadomo ul. Marszałkowska obok placu Konstytucji jest w centrum, na Śródmieściu, ale zapewne dziennikarze Lisa wiedzą lepiej o zmianach, jakie szykuje Hanna Gronkiewicz-Waltz. Mieszkanie, w którym przyjmuje gości jest, a jakże, „nieco zawilgocone” (wiadomo, że ci katole, jak niegdyś Żydzi mieszkają jak szczury w zawilgoconych chałupach, i już samo to budzi obrzydzenie), i szokuje gości wielkim obrazem Chrystusa z „cytatem z Ewangelii: nie przyszedłem potępić, przyszedłem zbawić”.
Moją wielką winą jest także to, że zamiast turbanu i noża mam koszulkę (którą rzekomo często wkładam, gdy przyjmuje gości, co jest zwyczajną bzdurą, bo poza latem chodzę zawsze w marynarce i koszuli) z – o zgrozo - „obrazkiem zarodka i napisem Wszyscy byliśmy embrionami”. I już samo to pokazuje wystarczająco mocno, jak złym i bezdusznym jestem człowiekiem, że ośmielam się przypominać prawdy dość oczywiste, że wszyscy kiedyś byliśmy na zarodkowym etapie rozwoju.
Zabawnym akcentem jest sugestia, jakiegoś „znajomego najbardziej kontrowersyjnego katolickiego publicysty”, który „chce zachować anonimowość, choć szeregi fundamentalistów opuścił kilka lat temu” (nie mam pojęcia o jakie szeregi chodzi, bo, tak się składa, ja do żadnej organizacji nie należę i w żadnym szeregu nie maszeruje), który oznajmia, że „Tomek od lat szykuje się na wojnę. Ma ambicje stanąć na czele krucjaty fundamentalistów katolickich”. Cóż na wojnę rzeczywiście się szykuję, tyle, że nie ja ją wypowiedziałem, a wypowiedziano ją polskiemu społeczeństwu i Kościołowi. A na czele krucjaty stanąć nie zamierzam, z bardzo prostego powodu, nie nadaje się na przywódcę niczego, nie mam aspiracji wodzowskich i nie przepadam za organizowaniem czegokolwiek. Nie wątpię, że taki przywódca, by się nam przydał, ale ja – na ile siebie znam – zwyczajnie być nim nie potrafię.
Ale mniejsza z przywództwem fundamentalistów (których zwyczajnie w Polsce nie ma), zwykłym kłamstwem jest także wypowiedź, że „na razie” nie myślałem o rozwodzie, za to często myślałem, żeby żonę udusić. Zawsze kiedy wypowiadam to zdanie mówię w ten sam sposób: o rozwodzie nie myślałem NIGDY (a nie „na razie”), o tym, żeby żonę udusić wielokrotnie. Ja rozumiem, że dziennikarzom i redaktorowi naczelnemu tygodnika „Newsweek” może nie mieścić się w głowie, że ktoś nie myślał o rozwodzie, i to nie myślał nigdy, ale zmiana kontekstu wypowiedzi z „nigdy” na „na razie” jest zwyczajnym chamstwem, bo sugeruje, że za jakiś czas, to wicie rozumicie, nawet Terlikowski musi pomyśleć o rozwodzie, bo każdy o tym myśli.
Dziennikarze „Newsweeka” „zapomnieli” także dodać, że za facebookową wypowiedź w sprawie Janusza Palikota przeprosiłem i to kilkukrotnie. Dziennikarze, tak się jakoś składa, nie przytoczyli też w ogóle dowodów na to, że „obrażam coraz większe grupy ludzi” czy że „żartuje z orientacji seksualnej polityków” (choć nie bardzo rozumiem, dlaczego to miałoby być zakazane). Po co zresztą w tym tekście dowody, kiedy można zwyczajnie gnoić przeciwnika.
Zabawne jest też wykreowanie Tomka Maćkowiaka na głównego eksperta od Tomasza Terlikowskiego. Wicenaczelny „Forum” spotkał się ze mną ostatnio z pięć lat temu, i od tego czasu nigdy nawet ze mną nie rozmawiał (poza kontaktem na Facebooku). Ale nie przeszkadza mu to sugerować, że odszedł z Kościoła przeze mnie. Tyle, że to bujda. Kilka lat temu, kiedy jeszcze pracowaliśmy razem, poprosił mnie, żebym poszedł z nim i jego dzieckiem w niedzielę palmową do kościoła na liturgię, żeby dziecko mogło się dowiedzieć, po co w przedszkolu robi się palmy. I właśnie tam jego synek widząc ukrzyżowanego Jezusa zadał pytanie: kim jest ten facet z dziurą na brzuchu. Rozumiem, że wtedy Tomek jeszcze był w Kościele, ale zapomniał o tym poinformować swoje dziecko. A teraz już nie jest, bo ja go z niego wyrzuciłem.
Charakterystyczny jest także język, w jakim „Newsweek” pisze o moich poglądach. Nie ma tam miejsca na jakiekolwiek niuanse. Wiadomo, że jestem fałszywy (to jakiś znajomy ze studiów, który kiedyś był blisko, ale „dziś nie chce mnie znać”, bo uważa, że jestem fałszywy. Skąd taka opinia, skoro się ze mną nie spotyka, nie jest wyjaśnione), antypatyczny, i nawet w prywatnych rozmowach tylko „ponoć” potrafię być sympatyczny. Jeśli coś robię, to rzecz jasna „z pasją inkwizytora”, a jeśli coś rozpoczynam, to jest to „brutalna walka o rząd dusz”. Jest też jasne, w środowiskach katolickich, że gdybym żył w czasach Jezusa, to na pewno rzuciłbym kamień w kierunku Marii Magdaleny. Ja i moje poglądy są też tak groźne, że jakiś znajomy musi zachować anonimowość, choć „szeregi fundamentalistów” już opuścił. Powód jest zapewne taki, że gdyby się ujawnił, to napadłbym go z koszulką z zarodkiem w zębach i sprał różańcem po plecach... Strach się bać takiego strasznego człowieka.
Nie żebym był zaskoczony czy choćby zniesmaczony tym tekstem. Tego się spodziewałem, a rozmawiałem z dziennikarzami „Newsweeka”, bo w odróżnieniu od Magdaleny Środy rozmawiam z każdym, kto takiej rozmowy chce. Ale tekst ten pokazuje, i to jest istotne, że w procesie dehumanizacji przeciwnika, ich obrzydzania, „Newsweek” nie cofnie się przed niczym. Warto tylko przypomnieć, że w ten sam sposób wiele lat temu, o Żydach pisały nazistowskie, a o chrześcijanach bolszewickie gazetki. I nie sposób zapomnieć, czym się to skończyło. Wtedy to nie fundamentaliści zabijali, ale fundamentalistów zabijano. W Polsce – na razie – efektem wielkiej medialnej kampanii nienawiści wobec polityków prawicy – stało się zabójstwo Marka Rosiaka. Ale ono niczego nie nauczyło Lisa i jego kolegów. Oni nadal muszą nienawiść siać, oczywiście pod pozorem walki z fundamentalizmem.

