Abby Johnson przeszła w życiu wiele. Dokonała dwóch aborcji, rozwiodła się, wyszła za mąż ponownie, urodziła córkę, zaangażowała w prace największego propagatora zabijania nienarodzonych w Stanach Zjednoczonych, czyli Planned Parenthood, i od poziomu wolontariuszki osiągnęła w niej pozycję kierowniczki kliniki. A wszystko z głębokim przekonaniem (tak twierdzi ona sama, a nie ma powodów, by jej nie wierzyć), że wszystko, co robi, czyni dla kobiet i ich dobra. Mało tego Johnson cały czas uznawała się za chrześcijankę, uczęszczała na nabożeństwa (najpierw baptystyczne, a później episkopalne), i wierzyła, że aborcja, a przynajmniej pomoc kobietom jest zgodna z wolą Bożą. I nagle – jednego dnia – wszystko się zmieniło...

 

Nawrócenie i USG

 

To miał być kolejny dzień w klinice. Abby Johnson miała wypełniać papierki i zastanawiać się, jak zwiększyć dochody kliniki (co w istocie oznaczało odpowiedź na pytanie, jak namówić więcej kobiet na aborcję, która jest głównym i największym źródłem dochodów Planned Parenthood). Tak się jednak nie stało. W pewnym momencie do jej gabinetu wszedł bowiem lekarz, który poprosił ją o pomoc w wykonywaniu aborcji. On sam zawsze wykonywał jej z pomocą trójwymiarowego USG, a nie miał mu go kto kontrolować. I w związku z tym padło na Abby Johson.

Kobieta, choć niechętnie (miała masę innej roboty) zgodziła się. „Nie miałam nawet pojęcia, że dziesięć kolejnych minut to będzie wstrząs, który zupełnie odmieni moje życie” - zanotowała kilka lat później w książce „niePlanowane”, która właśnie ukazała się po polsku nakładem Edycji Świętego Pawła. Ale początkowo nic na to nie wskazywało. Johnson po prostu ustawiła USG i skierowała je na dziecko, które miało zostać zabite. I wtedy nastąpił pierwszy wstrząs. „Widziałam pełny, doskonały profil dziecka. Zupełnie, jak Grace w dwunastym tygodniu – pomyślałam. Cofnęłam się w myślach o trzy lata, przypominając sobie, jak po raz pierwszy ujrzałam moją córeczkę zwiniętą bezpiecznie w kłębek w moim łonie” - opisuje „zabieg” Johnson, i zastrzega, że od tego momentu nie była w stanie na to patrzeć.

Nie miała jednak wyjścia, czekała. Lekarz wprowadził kaniulę (specjalny przyrząd do odsysania dziecka z łona matki). „Początkowo dziecko nic sobie nie robiło z obecności kaniuli, która delikatnie otarła się o jego bok. Poczułam chwilową ulgę. No tak – pomyślałam – przecież płód nie czuje bólu. Sama zapewniałam o tym niezliczone rzesze kobiet, zgodnie z tym, czego uczono nas w Planned Parenthood. To tylko zwykła tkanka, którą można usunąć, zatem nie ma tu mowy o bólu. Abby weź się w garść. To bardzo prosty i szybki zabieg” - przekonywała samą siebie.

 

Horror, który zmienił życie

 

Po chwili jednak na jej oczach zaczął rozgrywać się horror. „Dziecko kopnęło gwałtownie maleńką nóżką, jakby chciało odsunąć się od obcego przedmiotu. A gdy kaniula je dotknęła, obróciło się szybko, jakby chciało uciec. Wyraźnie widziałam, że ono wyczuwa obecność tego narzędzia i jest zaniepokojone” - opisuje kolejne minuty aborcji Johnson. „Lekarz obrócił kaniulę, a maleńkie ciałko dziecka przekręciło się gwałtowanie. Przez krótką chwilę wyglądało to tak, jakby było skręcane i wyżymane niczym ściereczka do naczyń. Po czym jego drobne ciałko zaczęło się kurczyć i na moich oczach znikać w kaniuli. Ostatnią jego częścią, jaką widziałam, był doskonale uformowany kręgosłup, wsysany przez to potworne narzędzie, a potem wszystko zniknęło. Macica była pusta” - zapisała kierowniczka kliniki Planned Parenthood.

To, co wtedy zobaczyła, zmieniło jej życie niemal natychmiast. Gdy jeszcze stała przy stole aborcyjnym przez jej głowę przelatywały tysiące myśli. „To, co było przed chwilą w łonie tej kobiety, żyło. To nie była jakaś tkanka czy jakiś zlepek komórek. To było dziecko, które walczyło o życie! I przegrało tę walkę w mgnieniu oka” - podkreślała. A potem spojrzała na swoje dłonie i jej myśli popłynęły ku Bogu i prawdzie o jej czynach. „Ileż zła uczyniły te ręce w ciągu ostatnich ośmiu lat? Ileż razy życie zostało odebrane właśnie za ich pośrednictwem? Nie tylko przez nie, ale także z powodu moich słów. A gdybym znała prawdę i mówiła o niej wszystkim tym kobietom” - myślała.

A potem poszła do swojego gabinetu, zapadła się w fotel i uświadomiła sobie, że nic już nie może zmienić. Dziecko, w którego aborcji uczestniczyła nie żyje, nie żyją także jej własne dzieci, które abortowała wcześniej. Tego nie mogła już zmienić. Ale mogła podjąć nowe decyzje. I jej podjęła. Zdecydowała, i to już tego dnia (choć ostatecznie zrealizowała ją kilka dni później), że już nigdy więcej nie będzie uczestniczyć w aborcji, że nigdy więcej nie będzie do niej namawiać.

 

Wymodlone nawrócenie

 

Tego nawrócenia (i wszystkiego, co po nim nastąpiło, a o czym za chwilę) nie byłoby jednak, gdyby nie grupa ludzi, która od samego początku pracy Abby Johnson w klinice aborcyjnej, stała po nią i wytrwale modliła się za kobiety chcące usunąć ciąże, ale i za aborterów. Oni wytrwałą modlitwą, ciepłym słowem, kwiatami i liścikami przekonywali kobietę, że ruch pro life nie składa się z osób nienawidzących kobiet, i oni wreszcie wymodlili to nawrócenie. Tak się bowiem składało, że aborcja, która zmieniła życie Johnson odbyła się w trakcie Czterdziestu Dni dla Życia, w czasie których w Stanach Zjednoczonych katolicy i protestanci wspólnie modlą się pod klinikami aborcyjnymi w intencji ich pracowników, ale przede wszystkim kobiet i dzieci, które mają zostać poddane aborcji. Akcja ta została zapoczątkowana właśnie pod kliniką, w której pracowała Abby Johnson, a ludzie, których spotykała przed ogrodzeniem swojego miejsca pracy ją wymyślili.

I właśnie do nich o pomoc zwróciła się kobieta. Tydzień po zmieniającej jej życie aborcji, wybiegła z pracy i samochodem podjechała do siedziby Koalicji dla Życia. Zaskoczenie liderów pro life było ogromne, ale okazali się oni naprawdę ludźmi szczerej wiary i przyjęli Johnson z otwartymi ramionami. Obiecali jej znaleźć nową pracę i zapewnili o modlitwie. Ale to był dopiero początek drogi Johnson. Szybko okazało się, że Planned Parenthood nie odpuszcza łatwo swoim dawnym pracownikom, którzy przechodzą na stronę życia. Kobiecie wytoczono proces, ale – dzięki pomocy katolickich prawników – wygrała go. Jej przyjaciółki, które poznała jeszcze w Planned Parenthood, zostały zmuszone do zeznawania przeciwko niej, a wierni i pastor wspólnoty episkopalnej, do której należała odwrócili się od niej... Ale i to udało się jej przezwyciężyć. Teraz Johnson jest katoliczką, od ponad dwóch lat zaangażowaną w ruch pro life i wytrwale głosi prawdę nie tylko o życiu, ale i o tym, że Bóg potrafi wyprowadzić człowieka z najciemniejszej doliny.

 

Lekcja dla nas

 

Książkę „niePlanowane” warto jednak przeczytać nie tylko dla tej – niezwykłej, nie ma co ukrywać – historii, ale także po to, by zrozumieć jakie powinny być prawdziwe cele obrońców życia, i co można osiągnąć naprawdę szczerą i wytrwałą modlitwą. Historia Abby Johnson pokazuje bowiem niezwykle wyraźnie, że w działaniach ruchu pro life (a przede wszystkim w modlitwie) chodzi nie tylko o to, by uratować jak najwięcej dzieci, i by jak największej liczbie kobiet oszczędzić traumy aborcji. Naszym celem jest także, o tym nie wolno nam zapominać, nawrócenie zwolenników aborcji, lekarzy aborterów czy propagatorów zabijania nienarodzonych. Przekładając to na polskie warunki musimy walczyć nie tylko o to, by zakazać całkowicie aborcji, by pomóc kobietom, które jej szukają, ale także o to, by nawrócić (przez modlitwę i przykład własnego życia), tych, którzy aborcję wyznają (o kogo chodzić może każdy czytelnik „Gazety Polskiej” może dopowiedzieć sobie sam). I choć wydawać by się mogło, że to niemożliwe, to historia Abby Johnson przypomina, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Czasem tylko za mało się modlimy.

 

A. Johnson,. C. Lambert, niePlanowane. Dramatyczna historia o przemianie serca byłej dyrektorki kliniki aborcyjnej, tłum. A. Rasztawicka-Szponar, Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2012, ss. 282.