Z pomysłu, by zainscenizować na deskach teatru mszę świętą można się natrząsać. Ot choćby wskazując, że nie ma sensu wydawać 20 złotych na coś, co w każdym kościele, codziennie można mieć za darmo (i z pełnym serwisem). Można się oburzać, że to jednak naruszanie pewnego tabu. Ale można też zastanowić się nad tym, co takiego skłania lewicujące artystę do przenoszenia rytuału religijnego na deski teatru. I nad tym chciałbym się zatrzymać. Odpowiedzi udzielać będę oczywiście ze swojego – katolickiego i konserwatywnego punktu widzenia, a nie z punktu widzenia historii czy krytyki sztuki.
Pomysł Żmijewskiego (zakładam jego dobrą wolę, a nie chęć wywołania skandalu) pokazuje, że współczesna sztuka zjada już własny ogon. Transgresja, szokowanie nie wywołuje już skutku. Wszystko, co miało zostać przekroczone, co miało wywołać w człowieku sakralne niemal odczucia, zostało już przekroczone. I teraz pozostaje tylko sataniczna, lucyferyczna nuda (jak wskazywał Paul Evdomimov w eseju o Dostojewskim istotą piekła jest właśnie nuda), której nie da się już przekroczyć. Sztuka zaangażowana też się jakoś specjalnie nie sprawdza, bo zbyt łatwo osuwa się w socrealizm czy partyjniactwo w wydaniu genderowym czy gejowsko-lesbijskim. Tym zjawiskom trudno się zresztą dziwić. Sztuka sama z siebie nie ma treści, napełniać ją trzeba treściami z zewnątrz, nabiera sensu, gdy staje się służebna, odwołując się do wartości zewnętrznych: prawdy, piękna czy dobra, a niekiedy wprost religii.
Żmijewski, zdaje się, zaczyna to dostrzegać. Nie jest to zresztą typowe tylko dla niego. Podobny proces widać szerzej na lewicy, która zaczęła inspirować się za sprawą Alaina Badiou i jego książki „Św. Paweł. Stanowienie uniwersalizmu” postaciami religijnymi. Lewicowcy uznali, że nie da się stanowić prawdziwej polityki czy prawdziwej sztuki bez niemal mistycznego przeżycia. Dla Badiou ma to być przeżycie podobne do tego, jakiego doświadczył św. Paweł w drodze do Damaszku, ma to być doświadczenie zmartwychwstania, ale bez samego zmartwychwstania. I to właśnie ono ma ustanowić nową postawę, która zapoczątkować ma prawdziwą rewolucję. Dla Żmijewskiego można odnieść wrażenie, początkiem odrodzenia sztuki ma być rytuał religijny (nie ma w tym zresztą nic dziwnego, bowiem ostatecznie dramat czy teatr mają korzenie religijne), który wyraża ból, zaangażowanie wspólnoty.
Trudno patrzeć na te poszukiwania autentycznej, służącej człowiekowi sztuki, bez sympatii. Żmijewski niejako, nie wiem, na ile świadomie, pokazuje, że kultura bez religii, bez sacrum zmierza nieuchronnie ku samozagładzie, i że aby odzyskać sens, treść musi odwołać się do religijności. Religijności, która ma stać się teatrem, wnosząc sztukę na wyższy poziom, na który od dawna już ona nie wchodzi. Problem polega tylko na tym, że istotą wydarzeń sacrum czy sztuki sakralnej – nie jest sama estetyka czy nawet dramatyzm zawartych w niej elementów. Liturgia czy sztuka sakralna znaczy odsyłając do tego, co więcej, a nie pozostając na poziomie gestów, znaków. Ona ma sens, tylko jeśli jest Bóg. Poza Nim jest ładna, czasem piękna, ale nie ma sensu.
Wiele dziesięcioleci temu wskazywał na to ojciec Paweł Floreński zastanawiając się, czy miejsce ikony jest w muzeum. Oczywiście będzie tam ona pięknie wyglądać, zachwycać estetycznie, ale przestanie wypełniać swoją prawdziwą rolę, jaką jest bycie „oknem na transcendencje”. W ten sposób może być ona pojmowana tylko w kontekście liturgicznym, w cerkwi, i to nawet wówczas, gdy jest zakopcona i niemal niewidoczna. Ikona pozostaje zatem ikoną, gdy pozostaje w kontekście liturgicznym, poza nim jest tylko ładnym, przejmującym dziełem sztuki, ale pozbawionym głębszego sensu. I podobnie jest z inscenizowaniem mszy świętej. Jeśli „znaczy” coś ona dla uczestniczącej w niej osób, to nie dlatego, że jest narracją, dramatem, ale dlatego, że wprowadza w wymiar Boskości. Gesty kapłana nie mają na celu wywołania skutków psychicznych, powaga muzyki czy czar liturgii nie wyrastają z estetyki, ale z tego na co, a dokładniej na Kogo wskazują, i co uobecniają. Msza jest tylko marnym spektaklem, powtarzanym od wieków (choć z pewnymi zmianami), jeśli nie jest Ofiarą Jezusa Chrystusa. To On jest w Mszy najważniejszy, On nadaje sens wszystkim obrzędom.
Tego zdają się nie rozumieć zarówno Badiou, jak i Żmijewski. Otóż dla nich liczy się sama narracja, pusty obrzęd, który do niczego i do nikogo nie odsyła, i na nic nie wskazuje. Słowa, gesty, obrazy, symbole wyprane z tego, co najważniejsze nie mają znaczenia. Nie można działać jakby spotkało się Zmartwychwstałego i nie spotkać się z Nim. Nie można przeżyć, także estetycznie, mszy świętej bez kapłana, na którego słowa zstępuje na Ołtarz sam Jezus Chrystus. Nie da się doświadczyć sacrum bez sacrum prawdziwego. W tym zatem sensie ta sztuka ma tyle mniej więcej wspólnego z prawdziwą mszą, ile pornografia z miłością małżeńską. A żeby być jeszcze bardziej naocznym. Jeśli ktoś chce doświadczyć tego, jak czujemy się po wódce, to zamiast siadać do stołu i wychylać kieliszek po kieliszku wodę, musi napić się prawdziwej wódki. Z mszą jest podobnie. Jej istotą nie tkwi w geście czy estetyce, ale w tym, że kapłan sprawuje Ofiarę Chrystusa i sprawia, że On prawdziwie zstępuje na Ołtarz. Każdy kto tego doświadczył wie, że w niej nie chodzi o przeżycie estetyczne, ale o spotkanie z Żywym Bogiem.
I dopóki Żmijewski do głębi tego nie doświadczy, to nie wyzwoli się z pustki, jaką generuje sztuka. Sacrum to bowiem nie gest, ale przejaw Tego, który Jest. A sztuka, jeśli ma być sztuką musi do niego odsyłać. Rozpoznania tego szczerze życzę poszukującemu artyście.

