„Nienawiść”, „wykluczenie”, „brutalna kampania wyborcza”, „armia Jarosława” – to przeczytałem w dzisiejszej prasie i usłyszałem w mediach. Ale nie widziałem tego wczoraj na Krakowskim Przedmieściu. Owszem, ludzie tam mieli dość Donalda Tuska, bo nie reprezentuje on interesów naszego państwa, bo nie chce godnie reprezentować Polski i nie ma ochoty wyjaśnić katastrofy smoleńskiej. Tak, ludzie tam mieli dosyć Bronisława Komorowskiego, ale to dlatego, że od momentu przejęcia władzy systematycznie ich on obrażał, odmawiając im prawa nawet do symboli czy do żałoby.
Ale nie negacja była tym, co napędzało ludzi pod Pałacem Prezydenckim. Większość z nich mówiła otwarcie: jesteśmy tu, bo chcemy pokazać, że pamiętamy, że tamta ofiara nie poszła na marne, że kochamy Polskę i jesteśmy jej patriotami. I to nie były tylko starsze panie w moherowych beretach (choć i takie tam były, za co im chwała), ale też młodzi lekarze, inżynierowie, studenci i uczniowie. Rodziny z dziećmi (sporo tzw. trzy plus) i dziewczyny ze swoimi chłopakami. Słowem normalni ludzie, którzy kochają Polskę.
I wcale nie są oni armią kogokolwiek. Różni ich wiele. Na Krakowskim spotkałem protestantów, katolików, prawosławnych i ateistów. Byli tam zwolennicy anarchokapitalizmu, republikanie, konserwatyści i niemało socjalistów. Byli słuchacze Radia Maryja i czytelnicy „Gazety Polskiej”. Byli też tacy, którzy nie mają wyrobionych poglądów, ale mocny odruch moralny, obowiązek pamięci kazał im być w tym miejscu. Słowem różnorodni Polacy, którzy chcą pamiętać, chcą być Polakami i nie mają ochoty na nieustanne poniżanie własnej godności.
Ale tej różnorodności media nie zauważyły. Dla nich to była armia nienawistnych zwolenników Jarosława Kaczyńskiego, której celem jest zburzenie III RP, armia, która nie akceptuje elit politycznych i jest wroga własnemu państwu. Problem polega tylko na tym, że to nie ci ludzie wystawiają przeciwko ludziom pamiętającym poprzedniego prezydenta kordony policji; nie dla nich patriotyzm jest przestarzałą formą życia; i nie oni wypychali się przez lata z przestrzeni społecznej. Nie oni nazywali tych innych Polską B czy moherami.
Teraz zaś nagle okazało się, że ci, których chciano pozbawić głosu, jednak są, i że wreszcie pogodzili się z tym, że tamci ich nie chcą, że ich wykluczają (wystarczy poczytać „Gazetę Wyborczą”, by wiedzieć, że pewnej części Polaków ona zwyczajnie nie akceptuje). I zaczęli tworzyć własną przestrzeń bytu. Z własnymi mediami, z filmami oglądanymi na prywatnych pokazach, z własną prasą i internetowymi portalami. A na ulicach, w ten szczególny dzień, ci ludzie chcą się zwyczajnie policzyć, spotkać i pokazać, że są.
I najgłupszą rzeczą, jaką mogą zrobić media czy politycy, jest próba spychania ich dalej na margines. Ci ludzie są, i wiedzą o tym, mają swoją przestrzeń i nie odpuszczą, dopóki nie zacznie się ich traktować poważnie. Tuż po katastrofie smoleńskiej doktor Barbara Fedyszak-Radziejowska ujęła to niezwykle mocno: „teraz, byśmy zaczęli milczeć, musicie nas zabić”. Nie wystarczy już opluwanie, manipulacja, kłamstwa. Teraz wiemy, że jesteśmy. I wy też to wiecie. Rok waszej propagandy nic nie dał. Ludzie wyszli na ulice, bo pamiętają. Ludzie chodzą do kin i kupują „niepoważną” prasę. To zaś oznacza, że przegracie, bo po tej stronie są ludzie, którym na czymś zależy, a nie zwolennicy świętego spokoju. A wasze ataki, utyskiwanie, opowieści o nienawiści – tylko przyspieszą moment, gdy skończy się wasza władza. I uda się zbudować nowe państwo, IV Rzeczpospolitą.
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

