Mocnych słów, jak zwykle włożonych w usta widzów (dziwnym trafem bezimiennych) nie brakuje. „Kicz”, „szok”, „kto to powiesił” - mają mówić odwiedzający kościół. I choć estetyka twórczości (także pozostałej Dowgiałły jest mi obca), to akurat tym razem będę bronił decyzji ks. Drozdowicza o powieszeniu tego obrazu w tym właśnie momencie. To jest bowiem właśnie obraz na Wielką Sobotę. Z mocą pokazujący, czym jest ten czas, czym jest Wielka Sobota, rozumiana przez pryzmat współczesnych wydarzeń, czytana przez „znaki czasu”.
Dowgiałło namalował ludzi z wyrwanymi sercami. I w gruncie rzeczy wielu, bardzo wielu Polaków miało takie właśnie odczucie 10 kwietnia i w dniach następnych. Kolejne miesiące, które nie przynosiły odrodzenia, przemiany, nie dawały nadziei na to, że ze śmierci, dramatu, tragedii może zrodzić się życie, że bezsens, zimny absurd dramatu, tragedii może – dzięki mocy Chrystusa – zrodzić sens i przemianę. Obraz Dowgiałły pozostawia nas na tym etapie, etapie oczekiwania, odczuwania bezsensu, pozostawia nas na poziomie Wielkiej Soboty.
Ale my chrześcijanie przecież wiemy, że później przychodzi Wielka Noc, Noc Zmartwychwstania, która wyprowadza nas z przestrzeni śmierci i absurdu. I tak będzie także w naszym życiu narodowym. Śmierć, cierpienie, mrok zostaną przezwyciężone przez Chrystusa. U ks. Drozdowicza obie te prawdy zostały mocno wyrażone... I za to mu dziękuję.

