Masakra w USA to straszna sprawa. I co do tego nikt nie ma wątpliwości. Rodzinom ofiar należy się współczucie rodzinom, a same ofiary trzeba zawierzyć Bożemu Miłosierdziu. Można zastanawiać się, co z problemem, jaki ona zasygnalizowała zrobić. Ale ten dramat nie powinien nam przesłaniać tego, co dzieje się codziennie wokół nas, co akceptujemy jako przejaw wolności kobiety, lub choćby jako prawo do dramatycznych wyborów, i co pochłania nieporównanie więcej ofiar, nad którymi płaczą nieliczni, i których śmierć wpisujemy w kodeksy prawne.
Tym kimś są nienarodzone dzieci. One także są mordowane, wciągane do kaniuli w cząstkach, chemicznie eksterminowane, rozrywane na strzępy albo rodzone i odkładane na bok, by tam spokojnie sobie umarły. Rocznie ginie ich od czterdziestu kilku do pięćdziesięciu kilku milionów, w Polsce – tylko zgodnie z prawem – w 2011 roku zabito ich 669. O ich śmierci jest jednak cicho. Europejskie media nie domagają się zakazania aborcji, która uśmierca dzieci dokładnie tak samo, jak broń, nie walczą o to, by skazać zabójców. I nie płaczą nad życiem, któremu nigdy nie pozwolono się narodzić. Te dzieci zostały odrzucone, zdehumanizowane. Ich dramat jest obojętny.
I niestety trzeba o tym wciąż przypominać. Zarzut, że porównanie tych dwóch dramatów jest haniebne (a taki stawia Mariuszowi Dzierżawskiemu i mnie Superniania Dorota Zawadzka) opiera się zaś na całkowitym niezrozumieniu naszych argumentów. Oczywiście motywacje zabójcy z Newton i aborterów czy nawet matek, które decydują się na zabicie swoich dzieci są odmienne. Ale skutek dla dzieci jest dokładnie taki sam. One zostają zabite. W przypadku aborcji często niemal też niemal nikogo, kto będzie nad nimi płakał... I opowieści o tym, że powody, dla których je zabito były inne, że motywacje były inne (pewnie, że były), nie mogą przesłonić tej podstawowej prawdy.
Tomasz P. Terlikowski
