Media informują, że proces został mi wytoczony za książkę „Agata. Anatomia manipulacji” (której obok Joanny Najfeld jestem współautorem), w której rzekomo miałem porównywać Alicję Tysiąc do Eichamanna i określić jej działania jako moralnie obrzydliwe. Z tego ostatniego nie zamierzam się wycofywać, bo uważam, że tego typu gra próbą zabicia własnego dziecka jest „moralnie obrzydliwa”. Ale już z Eichamannem jest pewien problem. Nie jest to bowiem prawda. W książce tej (a przejrzałem ją wczoraj dokładniej) Eichamann występuje jeden, jedyny raz, ale nie w kontekście Alicji Tysiąc, ani nawet nie obok niej. Wspomniany jest on, jako argument przeciwko tezie, że urzędnik ma obowiązek wypełniać nawet złe, niemoralne prawo. Alicja Tysiąc nie jest zresztą bohaterką tej książki, więc nie ma powodów, by w niej wciąż występowała. Opowieści o książce są więc zwyczajnym kłamstwem, którego zapewne w pozwie nie ma, występuje on natomiast w informacji prasowej, która ma być szokująca i przekonująca media o mojej niesłychanej zbrodni.
Nie oznacza to jednak, że nazwisko Eichamann nigdy w moich tekstach nie występowało w obok nazwiska Tysiąc. Taki tekst da się znaleźć, a pochodzi on sprzed czterech lat, i też nie porównuje Alicji Tysiąc do Eichamanna, a jedynie wskazuje na słabość pewnego rozumowania, którym posługiwał się adwokat pani Tysiąc. Oto i fragment, do którego zapewne odwoływał się adwokat, a który powstał także w roku 2008, kiedy Alicja Tysiąc wytoczyła proces ks. Markowi Gancarczykowi.
„- Pani Tysiąc jest ofiarą kampanii pomówień, która trwała od wielu miesięcy. W pozwie wymieniliśmy dziesięć tekstów opisujących ją jako zabójczynię, stawiających ją w jednym rzędzie ze zbrodniarzami nazistowskimi. Pani Tysiąc nigdy nie dopuściła się przestępstwa, lecz próbowała wyegzekwować przysługujące jej prawo. Artykuły "Gościa" to nie tylko pomówienie o przestępstwo, ale naruszenie elementarnego poczucia wrażliwości. Takie przedstawianie sprawy jest bulwersujące szczególnie w Polsce, gdzie wiele osób straciło bliskich w obozach koncentracyjnych - mówił "GW" nam Marcin Górski, pełnomocnik Alicji Tysiąc.
Prawnika nie przekonuje oczywiście fundamentalna zasada wolności słowa. - To sprawa o to, czy można posługiwać się mową nienawiści. Jeśli ktoś uważa aborcję za zabójstwo, może to napisać, ale nie wolno pisać, że Iksińska, która dokonała aborcji, jest zabójczynią. Pani Alicja Tysiąc dba o dobro swoich dzieci, które przecież mogą te komentarze czytać. Dla nich taka lektura byłaby bardzo przykra, podobnie zresztą jak dla samej pani Tysiąc - tłumaczył.
Tyle tylko, że wcale nie o mowę nienawiści i nie o "przykrości" jakie może wyrządził ktoś Alicji Tysiąc tu chodzi. Celem procesu jest zwyczajne zamknięcie ust tym wszystkim, którzy aborcję uznają za zbrodnię. Ks. Marek Gancarczyk nie napisał nic, co nie wynikałoby z tego prostego założenia. Jeśli przyjmujemy (a ja, podobnie jak ks. Marek czy jak nauki biologiczne - tak właśnie myślę ), że w łonie matki znajduje się człowiek (bo niby co innego miałoby się znajdować) - to jego zabicie trzeba nazwać po imieniu. Określanie obrzydliwej procedury rozrywania na kawałki człowieka neutralnym słowem "zabieg" nie oddaje prawdy o nim. Jest to zwyczajne morderstwo, dodajmy ze szczególnym okrucieństwem. A jeśli tak, to osoby w nim uczestniczące nie są "lekarzami" i "pacjentami", ale uczestnikami zbrodni, czyli po prostu "mordercami". Tyle zwyczajna konsekwencja językowa i minimalna spójność moralna.
Oczywiście Alicja Tysiąc swojego dziecka nie zabiła. Nie dlatego, że nie chciała, ale dlatego, że jej się nie udało skłonić lekarzy okulistów do wydania "licencji na zabijanie", która zresztą - zgodnie z polskim prawem - raczej jej nie przysługiwała. I dlatego ks. Gancarczyk nie nazywał jej morderczynią, a jedynie "potencjalną morderczynią". Trudno mu odmówić do tego prawa, bowiem jest to zwyczajna konsekwencja językowa. Jeśli chciałem zdradzić żonę, a nie zrobiłem tego tylko dlatego, że ktoś mi przeszkodził, to jestem "niedoszłym cudzołożnikiem"... I podobnie jeśli chciałem zabić swoje dziecko, a nie zrobiłem tego tylko z przyczyn zewnętrznych - to można mnie określić "niedoszłym mordercą". Szczególnie jeśli ze swoim planem zabicia obnoszę się po sądach, opowiadam o nim na prawo i lewo i uznaje się za ofiarę lekarzy, którzy uniemożliwili mi likwidację mojego dziecka... A to wszystko robi pani Tysiąc, która stała się medialną gwiazdą z przyczyn, bądźmy szczerzy, niegodnych pochwały.
I zasłanianie tej prostej prawdy słowami o tym, że Alicja Tysiąc nie złamała prawa, a jedynie próbowała egzekwować przysługujące jej prawa - jest absurdalne. Adolf Eichmann też nie łamał hitlerowskich praw, czy to znaczy, że nie można go nazwać mordercą (w tym przypadku już nie niedoszłym, a jak najbardziej doszłym)? Czy od teraz, żeby nie sprawiać przykrości (może już nie jemu samemu) jego dzieciom przestaniemy określać jego działalność jako zbrodniczą? Czy rzeczywiście fakt, że w Polsce istnieje prawo pozwalające na zabijanie dzieci nienarodzonych (trzeba powiedzieć, że w dość ściśle określonych okolicznościach) sprawia, że zabijanie to staje się bardziej moralne, i nie podlega etycznej ocenie?”
Jedynym miejscem, w którym działania pani Tysiąc występują obok działań Eichamnna nie odnoszą się do porównania aborcji z jego zbrodniami, ale wskazują analogię do argumentacji jej prawnika. To on próbował przekonywać, że z faktu, że coś jest zgodne z prawem wynika, że jest także moralne. Ja zaś wskazywałem, poprzez analogię, słabość tej konstrukcji myślowej. W jakiż to cudowny sposób wywnioskowano z tego o porównaniu Alicji Tysiąc do hitlerowskiego zbrodniarza nie rozumiem. Jedynym sensownym wyjaśnieniem jest dla mnie chęć uprzykrzenia mi życia, skłonienia mnie do milczenia. A w dalszej kolejności zakneblowania ludzi, dla których aborcja jest obrzydliwie niemoralna. Jest to również próba odbierania inaczej myślącym prawa do własnych poglądów. Jeśli Alicja Tysiąc wygra będzie to oznaczało, ni mniej ni więcej, tylko tyle, że od teraz niedoszłe aborterki będzie można określać wyłącznie pozytywnie. Z zachwytem. Ci zaś, których zabijanie dzieci przez własne matki nie zachwyca, będą zmuszani do milczenia. I o to chodzi w tym procesie.

