Nie jestem przesadnym wielbicielem strajków, a postulaty związkowców nie są mi bliskie. Ale mam świadomość, że jeśli niemal sto tysięcy osób przerywa pracę i doprowadza do strajku generalnego, to jest to wydarzenie ważne, pokazujące wrzenie społeczne w Polsce. Ale dla najważniejszych mediów, które stacjonują w Warszawie, okazało się ono nieistotnym. „Mały strajk” - informuje dziś o nim „Gazeta Wyborcza”, dla której wielkie są manify liczące po kilkaset osób, albo marsze gejowskie, w których uczestniczy lekko powyżej dwóch tysięcy. Takie zjawiska są potężne, ale strajk, w którym uczestniczy sto tysięcy osób, to rzecz „mała”. „Trybuna Ludu” nie powstydziłaby się takich zestawień.
I w sumie to zestawienie mówi nam wszystko o mediach głównego nurtu i o ich wyczuciu rzeczywistości i ludzkim problemów. Niewielkie grupki feministek i homolobbystów są dla nich ważniejsze, niż realne problemy pracowników na Śląsku (a szerzej w całej Polsce). Można nie podzielać opinii związkowców na temat metod uleczenia problemów, ale lekceważenie ich protestu i dęcie tematu „związków partnerskich” (które – podejrzewam – interesując mniej osób niż wczoraj zastrajkowało na Śląsku), problemów Lecha Wałęsy czy „wielkiego zwycięstwa Polaków” nad drużyną amatorów z San Marino, to jednak dowód na kompletny zanik zmysłu dziennikarskiego (albo całkowitą dyspozycyjność wobec władzy) mediów głównego nurtu. I za to przyjdzie mediom zapłacić. Także finansowo. Nie ma bowiem sensu kupować gazet, które nie informują, a zajmują się propagandą sukcesu rządu, i które nie są w stanie dostrzec, że poza Warszawą też jest Polska.
Tomasz P. Terlikowski
