„Katolika może też zniechęcać brak wrażliwości Kościoła na problemy cywilizacyjne, np. bezpłodności. Co myśli kobieta, która nie może mieć dzieci, gdy słyszy od Rady Episkopatu ds. Rodziny, że in vitro to ''wyrafinowana aborcja'' i metoda ''okupiona śmiercią braci i sióstr''?” - przekonuje Katarzyna Wiśniewska. A wcześniej zastanawia się „Ilu ludzi zraża się do Kościoła, widząc, jak biskupi bronią ojca Rydzyka i jego medialnych interesów? A ilu gdy posłucha opowieści przewodniczącego Episkopatu abp. Józefa Michalika, o tym, że ''planowo atakowany jest dziś Kościół przez różne środowiska libertyńskie, ateistyczne i masońskie''?”.
Oczywiście Wiśniewska nie jest kompletnym ignorantem i doskonale wie, że liberalizacja doktryny (dopuszczalność wszystkiego, czego domagają się liberalne media) nie jest, nawet po ludzki, lekarstwem na spadek liczby wiernych,. Episkopalianie, skandynawscy luteranie i wiele innych wyznań już dawno poszło tą drogą i może jedynie pomarzyć o takiej liczbie praktykujących, jakich ma Kosciół katolicki w Polsce. Odpływ wiernych przyspieszył zaś, gdy tylko zaczęli oni liberalizować. I nawet nie ma w tym nic zaskakującego. Po co być liberalnym katolikiem (wraz ze związanymi z tym jednak jakimiś obowiązkami), skoro można być tylko liberałem, i nie przejmować się już niczym?
Publicystka „GW” ma również świadomość, że Kościół nie ma władzy nad prawdą, i że nie może jej zmieniać na życzenie Czerskiej. W trakcie in vitro giną dzieci, których życia trzeba bronić. Jeśli Kościół w tej sprawie zamilknie „kamienie wołać będą”. Prawda nie może nie być nie głoszona, bo byłoby to zdradą Chrystusa, która bynajmniej nie przysporzyłaby wiernych, a i statystyki nie zostałyby poprawione. Zdrada Chrystusa, zdrada najsłabszych nigdy na dłuższą metę Kościołowi nie służy... I nie posłużyłaby również w Polsce. Dlatego to dobrze, że pozostajemy wierni prawdzie i życiu.

