Na razie na czołówki mediów trafiają głównie informacje o tym, czego ze starych zwyczajów nie zaakceptował papież Franciszek. A to, że nie założył pelerynki, że nie zmienił krzyża na złoty, a do tego nie założył czerwonych papieskich butów. I te gesty z jednej strony wywołują zachwyt, a z drugiej krytykę środowisk tradycjonalistycznych. Dla jednych są one dowodem otwarcie i zapowiedzą reformy, a dla drugiej odejściem od tradycji i niebezpiecznym nowinkarstwem.

Ale w istocie nie są one, tak sądze, ani jednym ani drugim. Są one raczej świadomością, że Kościół żywy, dynamiczny, głoszący Chrystusa, ale i walczący z szatanem musi być strukturą lekką, zdolną do szybkiego przemieszczania i adaptacji kulturowej. Taką, jaką wymarzył sobie św. Franciszek, który chciał, by jego bracia zawsze mogli ruszyć dalej z Ewangelię i by nie krępowała ich własność, i jakiej chciał św. Ignacy dla swoich towarzyszy. Jego struktura, tradycja, zwyczaje nie mogą Go ograniczać, utrudniać mu trafienia do współczesnych czy utrudniać działanie. Stąd zapewne lekki stosunek do strojów, butów czy elementów tradycji (celowo małą literą), które nie stanowią istoty Ewangelii. One nie mogę przesłaniać przekazu istoty.

A ten, choć od początku pontyfikatu minęło zaledwie kilka dni, jest niezmiernie mocny. Papież już przypomniał, że Jezus Chrystus jest jedynym zbawicielem człowieka i ludzkości, a także – w kolejnych wypowiedziach – zwrócił uwagę na działanie złego ducha, szatana, z których chrześcijanie zawsze muszą się liczy w swojej walce. I wreszcie przypomniał, że bez krzyża Kościół przekształca się w NGO, czyli traci swoje znaczenie. Trudno o mocniejsze słowa na początek pontyfikatu. Jeśli więc nawet Kościół stanie się nieco lżejszą, mniej skupioną na kultywowaniu pięknych i ważnych zwyczajów, to lepiej słyszane będzie to, co najważniejsze. A do tego trudno nie dostrzec, że zwyczaje, o jakich mówimy to spadek po europejskim zakorzenieniu Kościoła, a to powoli odchodzi w przeszłość.

Tomasz P. Terlikowski