Szaleństwo, jakie wywołuje „koniec świata według Majów”, wbrew pozorom wcale nie jest śmieszne, pokazuje bowiem, że ludzie, którzy stracili wiarę w Boga gotowi są uwierzyć w każdą bzdurę, o ile tylko będzie odpowiednio niechrześcijańska i ezoteryczna. A jakby tego było mało takie histerie odwracają naszą uwagę od tego, co rzeczywiście ważne i istotne, a skupiają na kłamstwach.

 

Zamiast więc histeryzować czy kpić z głupoty ludzkiej warto skupić się na kilku zasadniczych prawdach. Otóż po pierwsze koniec świata będzie. Nie wiemy, kiedy on nastąpi, ale co do tego, że Jezus powtórnie przyjdzie mamy pewność. A potem będzie Sąd Ostateczny i restytucja Nieba i Ziemi. Świadomość tego nadaje chrześcijaństwu szczególny smak, sprawia, że jest ono nieustannym oczekiwaniem i wzywaniem Pana, aby odmienił on świat. Adwent zaś szczególnie mocno skupia nas na wezwaniu: „Przyjdź Panie Jezu”.

 

Po drugie zaś nie ma się, co zastanawiać, kiedy to się stanie. Ewangelia nie pozostawia wątpliwości, że – choć znaki będą – to jednocześnie ten dzień przyjdzie jak złodziei i zaskoczy wielu. Z chrześcijanami tak być nie powinno, ponieważ my mamy żyć, jakby każdy dzień był tym ostatnim, i w każdym miał przyjść Pan. A to oznacza, że powinniśmy zwyczajnie wypełniać nasze powołanie i być gotowym.

 

I wreszcie sprawa ostatnia, to uświadomienie sobie, że medialna histeria wokół końca świata ma nam przesłonić podstawową prawdę o tym, że każdy z nas umrze. I dla niego to będzie swoisty koniec świata, a dokładniej koniec możliwości zmiany czegokolwiek w naszym życiu. O tym trzeba pamiętać, szczególnie, że koniec naszego życia może przyjść w każdym momencie. A gotowość na ten moment jest miarą naszej wiary.

 

Tomasz P. Terlikowski