Umowa gazowa, a dokładniej fakt, że – choć Komisja Europejska robiła wszystko, byśmy nie podpisywali jej w kształcie, jaki zaproponował polski rząd - Donald Tusk umowę podpisał (krytykując przy tym, co mu się często nie zdarza, ostro Komisję) pokazuje całkowicie jednoznacznie, że zrezygnowaliśmy już z jakichkolwiek intencji prowadzenia własnej, niezależnej od Rosji polityki zagranicznej czy wewnętrznej. A nawet mocniej - jeśli polityka UE (bo o naszych interesach w ogóle nie warto już mówić) jest sprzeczna z interesami Rosji, to Polska wystąpi jako obrońca Rosji.

A że nie jest to przesada pokazuje najlepiej fakt, że (ustnie bądź pisemnie) premier Donald Tusk miał obiecać premierowi Władimirowi Putinowi, że choć Komisja Europejska zażyczyła sobie, by umowa gazowa kończyła się w roku 2019, to jednak Polska zgodzi się na jej obowiązywanie do roku 2045… Informację tej treści przekazały Służby Prasowe Kremla, które jednocześnie podały, że Tusk rozmawiał telefonicznie z Putinem.

Co z tego wynika dla nas (poza dość oczywistym wnioskiem, że zdecydowaliśmy się na całkowitą zależność energetyczną od Rosji)? Otóż tyle, że mamy premiera, który z jakichś powodów śmiertelnie boi się Rosji i jest skłonny obiecać jej premierowi wszystko. A także złożyć mu obietnice, które mogą nas sporo kosztować w UE. Pytanie, co takiego się stało, że Tusk bardziej boi się Rosji, niż Komisji Europejskiej i zachodnich mediów, wyraźnie odsyła nas do… 10 kwietnia 2010 roku. I oskarżenia o manię spiskową czy szaleństwo nie mogą tego przesłaniać!

Tomasz P. Terlikowski

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »