- Zadanie wykonane – można teraz spokojnie zameldować Grzegorz Hajdarowicz. Jego ostatnia decyzja właśnie zniszczyła ostatni niezależny tygodnik po mainstreamowej scenie debaty politycznej. I wcale nie chodzi o to, że teraz nagle zmieni on radykalnie kierunek. Jan Piński nie jest człowiekiem lewicy, a raczej bliższy jest Januszowi Korwin Milkke. Dla czytelników nie będzie miało to najmniejszego znaczenia. Oni odpłynął od tygodnika, tak jak odeszli od niego w jednym geście protestu niemal wszyscy dziennikarze. Z tygodnia na tydzień „Uważam Rze” będzie traciło nakład, tak zresztą jak i inne produkty medialne Hajdarowicza.
I nie ma się co oszukiwać, że Hajdarowicz o tym nie wie. To podstawy wiedzy o „Uważam Rze” i tym, na czym polegał jego sukces. Jeśli więc wbrew oczywistym ekonomicznym interesom biznesmen się na to zdecydował, to przyczyny były polityczne. Hajdarowicz nie przyszedł przecież do wydawnictwa, by je rozkręcać, ale by zdusić niezależną, mainstreamową prasę i zniszczyć – i tak niezwykle ograniczony medialny pluralizm. I ten proces właśnie dobiegł końca. „Uważam Rze” w dotychczasowej formie (a prawdopodobnie na dłuższą metę w ogóle) przestało istnieć. Niepodległościowa, antykomunistyczna i konserwatywna prawica została zepchnięta do niszy.
Ale i tam nie powinna czuć się specjalnie bezpiecznie. Kłopoty z dystrybucją mogą dosięgnąć każdego, internetowe portale, które już określa się mianem „szczujni”, też można skontrolować i wykończyć procesami. A wszystko oczywiście w imię walki z faszystowskim zagrożeniem i rzekomymi zamachami, które mają destabilizować państwo. Cel jest jasny: jedna partia (w trzech czy czterech odsłonach), jeden wódz, jedne (a przynajmniej jednakowe) media.
Tomasz P. Terlikowski
