Ta informacja zapiera dech w piersiach. A spokój, z jaką są wypowiadane, budzi już nawet nie przerażenie, ale obrzydzenie. Oto dowiadujemy się - a wysoki urzędnik Kurii nie widzi w tym nic dziwnego - że dla warszawskich pasterzy jedyną nagrodą za bohaterstwo, za odwagę, za walkę o Kościół i Polskę, jest nakaz milczenia. I że od czasów stanu wojennego nic się nie zmieniło, a księża, którzy mieli wówczas odwagę, muszą zostać za nią ukarani. Nie słychać też było w ustach kanclerza Kurii wrażenia obciachu, gdy podkreślał, że zakaz publicznych wystąpień obowiązuje ks. Małkowskiego od stanu wojennego. Tak, jakby w Polsce nic od tego momentu się nie zmieniło.
W takiej sytuacji aż trudno nie zapytać, co by było z księdzem Jerzym Popiełuszką, gdyby to ksiądz Stanisław Małkowski został zamordowany? Czy w roku 2010 – ten błogosławiony obecnie kapłan – nie byłby wezwany do Kurii i nie poinformowano by go, że ma milczeć, że nie ma prawa modlić się z ludźmi pod Krzyżem? Czy rzeczywiście trzeba było zostać zamordowanym, by władze kościelne doceniły bohaterstwo i odwagę? I wreszcie, czy beatyfikacja i piękne słowa o księdzu Jerzym nie są jedynie pustosłowiem, które nie ma najmniejszego przełożenia na działanie Kurii w Warszawie?
Mam nadzieję, że decyzja Kurii z okresu stanu wojennego zostanie cofnięta. Mam nadzieję, że metropolita warszawski nie wiedział o działaniach swoich podwładnych. I że sprawę da się jeszcze uratować. Mam nadzieję… I wiem, że my, katolicy, w Polsce musimy zrobić wszystko, by decyzje z okresu stanu wojennego przestały w naszym kraju, w polskim Kościele wreszcie obowiązywać.
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

